„Gra o tron” George R. R. Martin

To, że byłam siedemnasta (sic!) na liście oczekujących w osławionej Jagiellonce, o czymś musi świadczyć. Na przykład o tym, że ekranizacja tydzień temu miała swoją premierę. Nie ma to tamto, serial 10-cioodcinkowy, więc wiara rzuciła się do książek. W tym ja. Zaległości w klasyce fantasy odrabiam powoli, ale cierpliwie. Chciałam najpierw przerobić wszystkie standalone, a „Pieśń Lodu i Ognia” liczy sobie chwilowo cztery tomy, ale ten serial, wiadomo.

Do rzeczy. Mój ulubiony typ powieści to: grubachna (czyli ponad 500 stron), realia najchętniej okołośredniowieczne (czytaliście „Religię” Tima Willocksa? O. mój. Boże! Właśnie), mile widziany jakiś romans (kicz, wiem), dużo intryg, dużo zaskakujących zwrotów akcji, pełnokrwiste postaci, jako bonus smoki czy inne magiczne gadziny. Że niby wymagam? A zdziwilibyście się, ile znam takich powieści. Ostatnio czytałam „Grę o tron”.

To fantasy, jak to ładnie mówią, mediewistyczna. W krainie Westeros, ongiś złożonej z Siedmiu Królestw, obecnie zjednoczonych, miłościwie panuje król Robert Baratheon, pierwszy tego imienia. Jego czarującą żonką jest Cersei Lannister, przebiegła a chytra, która ma oparcie w olśniewającym bracie-bliźniaku Jaime i bogatym tatusiu Tywinie. Król natomiast ma oparcie w swoim dawnym przyjacielu, Nedzie Starku, który jest Lordem Winterfell, położonego na Północy. Do czasu – po tajemniczej śmierci poprzedniego królewskiego Namiestnika Ned, niechętnie, obejmuje to stanowisko. Ergo musi się udać na Południe, do stolicy, kłębowiska żmij. A za Wąskim Morzem potomkowie poprzedniego władcy, Aerysa Targanyena, usiłują się sprzymierzyć z dzikimi Dothrakami, chcąc odzyskać tron. Czyli: intrygi wielkich rodów (chwilowo kłócą się głównie Starkowie i Lannisterowie, ale spokojnie, są następne tomy), gra o honor, o pieniądze, o władzę. Gra o tron Westeros. Właśnie się rozpoczęła. Aach, byłabym zapomniała. Na Północy znajduje się Mur, którego strzeże Nocna Straż, czarna brać, ślubująca pozostać do śmierci na posterunku. Pełnią wartę na Murze (wysokość: 200 metrów, budulec: lód), czasem wyprawiając się poza jego granice. Przed kim bronią Westeros? Oto jest pytanie. Domyślam się, że już rychło Mur zostanie sforsowany i dopiero się zacznie. Bo, moi drodzy, nadchodzi zima, która będzie trwała wiele lat.

Jeszcze jakieś atuty, prócz wartkiej akcji? Postaci – pełnokrwiste, prawdziwe. Nie ma tylko dobrych i z gruntu obrzydliwych (mm, choć tu bym się wahała). Każdy ma swoje słabostki, zawiści, dążenia, marzenia. Są bohaterki dzielne i głupie, są bohaterowie honorowi i wyrachowani. Kreacja uniwersum – na pięć z plusem. Nb, czytałam przeciekawy wywiad z Autorem pt. „Fantastyka ma być wiarygodna”. Martin zeznał, że pomysł na świat przyszedł mu do głowy w 1981 roku, gdy wdrapał się był na mur Hadriana. Zastanawiał się, jak mógł się czuć rzymski legionista, stojący w tym samym miejscu dwa tysiące lat wcześniej. Musiało mu się wydawać, że stoi na krańcu cywilizowanego świata, a za murem tylko mróz i złowrogie, dzikie istoty. Może dobrze, że nikt mu nie powiedział, że byli to tylko Szkoci.

Jeno czemu to ma tylko 774 strony?! Żądam więcej! Szybko szybko, biegniemy po drugi tom. Która jestem na liście oczekujących? Dopiero trzecia?! Dammit. Ma ktoś pożyczyć?

„Sama na drodze” Lệ Tân Sitek

Wietnam. Co my wiemy o Wietnamie? Mm, wojna. Kiedyś. Sajgon. Hồ Chí Minh. Tyle. Przyznam, że i moja wiedza o Wietnamie oscylowała w tych granicach, więc nadszedł czas, by tę wiedzę poszerzyć. A że najmilej poszerza się wiedzę dzięki powieściom, to proszę – „Sama na drodze” okazała się w sam raz.

Rzecz oparta jest na życiu własnym Autorki – Lệ Tân Sitek urodziła się w Chinach, a w wieku sześciu lat przeniosła się do Wietnamu. Mieszkała też w Norwegii i w Polsce, ukończyła zresztą Gdańską Politechnikę. „Sama na drodze” powstała najpierw w 2009 roku w języku wietnamskim, później Autorka osobiście dokonała przekładu na polski.

Tytułowa sama na drodze to An – córka wietnamskich rewolucjonistów. Mieszka wraz z rodzicami i siostrami w Chinach, ale po śmierci taty, Hải, wracają do Wietnamu. Jej matka, Mai, decyduje się odnaleźć rodzinę zmarłego męża, której nigdy nie poznała. Udaje im się dotrzeć do malowniczej wioski Phố Đông, gdzie cudem odnajdują matkę Hải. An decyduje się zostać na jakiś czas z babcią i poznać miejsce, w którym wychował się jej ukochany tata. „Jakiś czas” przez wojnę z Francuzami rozciąga się do dziewięciu lat.

To piękna historia o ciepłym, rodzinnym domu. W niesamowitej ilości wujków, stryjków, cioć i kuzynów można się łatwo pogubić, ale przy odrobinie skupienia da się ich rozróżnić. Czytelnicy razem z An hodują jedwabniki, chadzają do szkoły, czytają wiersze. Poznają zwyczaje wietnamskie – jak święto Tết czy zawody poetów na łodziach. Niepokorna niekiedy dziewczynka bardzo kocha swoją nową rodzinę, ale też tęskni za matką – choć ma do niej żal o to, że powtórnie wyszła za mąż. Wojenne czasy rozdzielają je na lata, ale kiedyś, być może, znów się zobaczą. Niezwykłe w tej książce jest pragnienie wolności, które łączy wszystkich mieszkańców Phố Đông – odmawiają sobie wielu rzeczy, by wspomóc żołnierzy walczących na froncie. Gdy przyjdzie czas odbudowy kraju zgodnie z ustrojem komunistycznym, An stanie się już dorosłą kobietą, gotową na podbój świata.

Dalsze koleje losu An poznamy w książce „Na rozdrożu”, która zostanie wydana od razu po polsku. Jej akcja obejmuje lata 1955-1979, An wyjeżdża do Polski, zakochuje się w Polaku, nie może wrócić do kraju – będzie się działo. Nie będzie to powieść, na którą będę wyczekiwać z utęsknieniem, ale kiedyś chętnie po nią sięgnę.

„Szklany dom” Charles Stross

Charles Stross to współczesny autor fantastyczny rodem z Leeds. Specjalizuje się raczej w science-fiction, a „Szklany dom” to powieść typu hard science-fiction – dużo techniki i naukowych szczegółów. Mamy i asembler, i bramki A, i bramki T i całe mnóstwo technicznego tałatajstwa, które bywa ciężkie do ogarnięcia. A fabuła? Cóż, niełatwo ją streścić bez psujących wszystko spoilerów. Całość dzieje się w XXVII wieku. To odległa dla nas rzeczywistość – poziom technologicznego zaawansowania poszczególnych cywilizacji jest niebywały, a ludzie praktycznie nieśmiertelni, mogący zmienić do woli swoją tożsamość, wygląd, z płcią włącznie. Główny bohater, Robin (ale nie przywiązujcie się do tego imienia), świeżo po operacji usuwania pamięci (to konieczność przy tak długim życiu), nie może się odnaleźć w tej rzeczywistości. Decyduje się wziąć udział w eksperymencie Yourdon-Fiore-Hanta, symulacji habitatu z pierwszego „ciemnego wieku” przed Akceleracją, czyli z okresu lat 1980-2040. Kim jest/był Robin i o co idzie w tym eksperymencie tak naprawdę – oto jest pytanie. Nie śmiem powiedzieć więcej.

Dawno żadna książka mnie aż tak nie zaabsorbowała – od lektury nie sposób się oderwać, zupełnie, jak gdyby przebywało się w innym świecie! Świetna – polecam nie tylko fanom fantastyki.

Nb. „Szklany dom” to luźny sequel „Accelerando”, za którą Stross dostał Nagrodę Lotusa i nominację do Hugo, ale może być czytany jako standalone, co się niekiedy wdzięcznie tłumaczy na nasz język ojczysty jako samostojka.

Książka trafiła do mnie dzięki uprzejmości pani redaktor z wydawnictwa MAG.

Kłaniam się nisko

Jest niebywale wiele wspaniałych książek, które warto przeczytać. Gdy nie wiadomo, po którą sięgnąć najpierw, dobrze polegać na czyjeś opinii. Subiektywna to opinia, ale szczera. Moje opinie o powieściach, które czytam – tu właśnie będą się pojawiać. Polecam się łaskawej pamięci.