Dziecko Odyna, czyli czasem bardzo potrzeba fantastyki

Od dłuższego czasu marzyła mi się porządna fantastyka. Owszem, lubię czytać powieści współczesno-obyczajowe, historyczne, czasem też kryminały czy rozmaite literackie eksperymenta – niemniej potrzebuję również solidnej dawki smoków. Smoki tu pełnią rolę symbolu, nie muszą występować osobiście, choć zawsze są mile widziane. U Siri Pettersen będą raczej kruki. I ślepi. I ogony.

Właśnie, u Siri Pettersen. Niezawodna myszkovska już chwilę temu zapowiedziała, że po prostu muszę to przeczytać (i nie tylko ja, apel do ogółu też się pojawił). Pettersen, rodem z Norwegii, zadebiutowała swego czasu komiksem „Anti-Klimaks”, a trylogia „Krucze Pierścienie” to jej debiut fabularny. Zabiera nas w tym debiucie do świata Ym, mocno zanurzonego w skandynawskiej mitologii – może nawet nie tak mocno zanurzonego w konkretnych mitach i postaciach, choć pewne odnośniki się pojawiają (nawet i w tytule!), co w pewnym klimacie, nastroju, północnym leśno-górskim krajobrazie.

Przez ten krajobraz podążamy śladami trzech postaci: bezogoniastej Hirki, która wcale nie jest ætlingiem, jak wszyscy wokół, szlachetnie urodzonego Rimego, który odrzuca swoje nobliwe dziedzictwo oraz Urda, który z niejasnych początkowo przyczyn pała żądzą rozpętania wojny. Zbliża się Rytuał i tłumy ludzi ściągają do Manfalli, nie tylko po to, by uczestniczyć w uroczystościach, ale także, by poczuć się bezpiecznie w tych niespokojnych czasach. Zgnilizna, niesiona przez dzieci Odyna, pozbawione ogonów i zdolności czerpania Evny, budzi strach we wszystkich – czy to mieszkańcach prowincjonalnej Elveroi, czy w prominentnych członkach Rady, rządzących twardą ręką od setek lat. Niebezpieczeństwo jest więcej niż realne, a wojna z Kruczym Dworem wydaje się nieunikniona – co, jeśli do Ym ponownie zawitają ślepi? Nawet nieustraszone Ciemne Cienie nie będą w stanie im sprostać…

https://i2.wp.com/wallup.net/wp-content/uploads/2016/03/10/325209-nature-landscape-trees-forest-pine_trees-mountain-Norway-mist-sunrise-hill-clouds-736x459.jpg
O, tak sobie to wyobrażam. Jak Norwegię.

Jeśli czujecie się nieco zagubieni, to słusznie i taki był mój cel. Siri Pettersen nie tłumaczy szczegółów, tylko wrzuca bez uprzedzenia w sam środek swojego uniwersum. Skądinąd, zdecydowanie wolę taki zabieg, niż łopatologiczne wykładnie od samego początku, które pierwsze rozdziały zamieniają w teoretyczny przewodnik po okolicy (jakkolwiek czasem dramatis personae jest szalenie przydatne, jak choćby u George’a R.R. Martina). Niezależnie od sposobu przedstawienia, świat Ym ma moc – dosłownie i w przenośni. A ja naprawdę bardzo, bardzo lubię takie światy.

Co prawda, to raczej nie jest tak, że zakochałam się w całości bez pamięci, ale naprawdę oderwać się nie szło. Wszystko jest jak trzeba: dorastająca bohaterka, która staje przed wielkimi wyzwaniami, powoli acz skutecznie rozwijające się uczucie, walka o własne życie i godność, poświęcenie w imię wyższych wartości, polityczne intryganctwo, oparte na spektakularnym kłamstwie. I magia, magia w najczystszej postaci w naprawdę interesująco zbudowanym świecie. Może tylko za często Hirka porównywała wszystkich napotkanych mężczyzn do ojca (ten czy ów był mniej postawny/lepiej zbudowany niż ojciec i miał tak samo/ani trochę silne ramiona), ale wybaczam. Silny wzorzec, ja rozumiem. Lękam się tylko o drugą część, bo jej kierunku nietrudno się domyślić, ale to nie rzutuje na otwarcie trylogii. „Dziecko Odyna” to rzecz warta uwagi. Ze wszech miar.

PS. Myszkovskiej dziękując za pożyczenie, rzecz jasna.
PPS. Od razu dwa tomy pożyczyła, dobra kobieta!

Nie tacy znowu Wyjątkowi

Wielobarwna z okładki powieść „Wyjątkowi” amerykańskiej pisarki Meg Wolitzer przyciągnęła mnie od razu – grupa młodych, utalentowanych, śmiało idących w stronę swoich marzeń w tętniącym życiem Nowym Jorku lat 70-tych, 80-tych i tak dalej? Biorę!

Każda grupa, ekipa, superbohaterski zespół ma swoje origin story… i miejsce, w którym wszystko się zaczęło. Mitycznym miejscem początku Wyjątkowych jest Duch Lasów, letni obóz dla artystycznie uzdolnionej młodzieży. Tam, pewnej ciepłej lipcowej nocy roku 1974, Jules Jacobson, zakompleksione dziewczę z puchatymi włosami i nieskończonymi pokładami ironii, zostaje zaproszona na pierwsze Właściwe Spotkanie. Po prostu Ash Wolf zapytała, czy Jules nie miałaby ochoty poznać pozostałych. Pozostałych. Samo to słowo brzmiało obiecująco – a zmaterializowało się w postaci Ethana, brzydkiego geniusza animacji, Jonaha, wrażliwego syna znanej piosenkarki, Cathy, zmysłowej tancerki oraz Goodmana, przystojniaka zainteresowanego architekturą. Do tego śliczna Ash, siostra Goodmana, obiecująca aktorka z zacięciem dramatycznym. Niedorzecznie uroczysty moment inauguracji, wspierany jointami i wódką z tangiem, zapoczątkował niezwykłą przyjaźń – a przynajmniej tak na początku się wydawało.

Raz na kolorowo!

Meg Wolitzer snuje opowieść o grupie bliskich sobie ludzi, połączonych w wieku nastoletnim i bardzo od siebie różnych, zarówno w „zapleczu” życiowo-rodzinno-finansowym, jak i w wyborach, które podejmują. Poznajemy zatem ich losy, zaczynając od nastoletnich rozterek, a kończąc na rozterkach bardziej dojrzałych. Nie jest to jednak powieść linearna, bo zaledwie w trzecim rozdziale przenosimy się do współczesności, dość nieoczekiwanie dostając obrazek z aktualnego stanu rzeczy. Ale potem wracamy do przeszłości, dowiadując się, jak było, jak do tego doszło, i jakie tragedie i radości stały się udziałem Wyjątkowych w tak zwanym międzyczasie. Gdyż o ile młodzieńczy zapał, tchnący z czasów letniego obozu, dawał nadzieję na spełnienie artystycznych marzeń, to gdy przychodzi dorosłość – a z nią kredyty, dzieci i choroby – to idealistyczny okres Ducha Lasów zdaje się być tylko marzeniem z przeszłości, nieosiągalnym w prozaicznej codzienności. Owszem, niektórzy Wyjątkowi odnoszą sukcesy (zwłaszcza jeden!), ale okazuje się, że sukces przyjaciela może być powodem do bardzo konkretnej zazdrości…

Jest parę wątków i wydarzeń, które mi się w tej książce podobały – i znajdują się na tyle daleko od przedstawionego zarysu fabuły, że nie śmiem o nich mówić głośniej, żeby nie zepsuć wrażenia – ale całość niespecjalnie mnie do siebie przekonała. Tak, doceniam lekkość pióra, doceniam cały ten przekrój ponad trzydziestu lat rozwoju, niemniej spodziewałam się czegoś więcej. Żadna z tych postaci nie była mi bliska, no, może jednej było mi żal. Nie potrafię znaleźć w „Wyjątkowych” nic wyjątkowego – tak, jak prawie natychmiast poczułam to coś w przypadku „Małego życia”.

Z mieszanymi uczuciami pozostając.

PS. A książkę pożyczyła Mama-Malita.

Jhumpa Lahiri o intymnej miłości do języka

Jhumpa Lahiri właściwie nie posiada języka ojczystego. Owszem, jej rodzice pochodzą z Kalkuty, ale jeśli idzie o bengalski, zatrzymała się na poziomie mówienia i rozumienia dziesięcioletniego dziecka, właściwie nie pisze i nie czyta w tym języku. Choć urodziła się w Londynie, a wychowywała w Stanach Zjednoczonych, angielski od zawsze stanowił język nabyty, ten drugi, ten dodatkowy, język szkoły, literatury. Lahiri perfekcyjnie opanowała mowę Szekspira (czy może raczej Twaina) – wszak jest uznawana przede wszystkim za amerykańską pisarkę – niemniej żaden język nie wzbudził w niej takich emocji, jak włoski.

Zestaw wieczorny, idealny.

I właśnie „In other words” to pierwsza książka autorki, napisana w całości po włosku, a przetłumaczona na angielski przez Ann Goldstein (to bardzo świadoma decyzja Lahiri, która na ponad dwa lata zrezygnowała z pisania po angielsku w ogóle, łącznie z osobistymi notatkami). Więcej, jest dość specyficznie wydana, jako że tekst oryginalny i przekład płyną równocześnie obok siebie: na stronach parzystych po włosku, na nieparzystych po angielsku. Lahiri opowiada o początkach fascynacji językiem włoskim, o pierwszej podróży na Półwysep, o dość topornych początkach nauki. Snuje historie pełne bardzo trafnych metafor, przywołując choćby Wenecję z jej tysiącem mostów – otóż przekraczanie mostów, przechodzenie w chwilowy stan zawieszenia bardzo jej się kojarzy z pisaniem:

In the middle of every bridge I find myself suspended neither here nor there. Writing in another language resembles a journey of this sort. My writing in Italian is, just like a bridge, something constructed, fragile. It might collapse at any moment, leaving me in danger. English flows under my feet (…) Like water in Venice, it remains the stronger, more natural element, the element that threatens to swallow me. Paradoxically, I could survive without any trouble in English; I wouldn’t drown. And yet, because I don’t want any contact with the water, I build bridges (ss. 97-99).

Na „In other words” składają się prawie same autobiograficzne historie (wyjąwszy dwa krótkie opowiadania, ale bardzo metaforycznie znaczące), w większości dotyczące pobytu we Włoszech. Jhumpa Lahiri przeprowadziła się do Rzymu z mężem i z dziećmi, chcąc zanurzyć się w języku włoskim na co dzień, odczuwać go zupełnie inaczej niż poprzez sporadyczne lekcje z lektorką czy czytanie włoskich powieści. To przyniosło wiele konsekwencji, Lahiri wspomina choćby o tym, że jej wygląd powoduje, że zawsze biorą ją za cudzoziemkę (w przeciwieństwie do jej męża, absolutnie nie-Włocha, ale o włoskiej aparycji), co przynosi uczucie rozżalenia i wyobcowania. Tożsamość, jej poszukiwanie i konstruowanie to też ważny element opowieści, wszak język jest szalenie istotnym elementem nas samych (znów wracamy do Wittgensteina, prawda?). Co wtedy, gdy nie mamy właściwie żadnego języka ojczystego, gdy zawsze byliśmy zawieszeni między dwoma, a teraz między trzema?

O książce Lahiri parę miesięcy temu opowiedziała mi Natalia (która chadza po Krakowie), potem mnie w książkę wyposażyła, a ja prawie pół roku zbierałam się do lektury – i żałuję, że tak długo. Bo jest to rzecz szalenie interesująca i po prostu przepiękna. Dodatkowo cieszy mnie to, że mogłam prawie bez problemów cieszyć się oryginałem – mój włoski nieco przyrdzewiał, ale Lahiri pisze prosto (i pisze, że pisze prosto, zasadniczo ogrom autoanalizy pisarskiej znajdziemy w tym dziełku), a potencjalne wątpliwości rozstrzygałam, zerkając na przekład Goldstein na stronie obok.

Żeby przekonać Was do tej opowieści, przedstawię rzecz z jeszcze innej, chyba tej najważniejszej strony: ponad dwustu stronach dostajemy bardzo osobistą opowieść o miłości do języka – miłości zupełnie nieoczekiwanej, niespodziewanej, mało racjonalnej, ale szczerej i pełnej pasji. Czasem bywa tak, że osobiste wynurzenia autorów powodują lekkie poczucie zażenowania u czytelnika, ale u Jhumpy Lahiri próżno szukać takich emocji. Owszem, „In other words” to jest rzecz bardzo intymna, ale w jak najlepszym tego słowa znaczeniu.

PS. Dziękując przepięknie Natalii za opowieść o i za pożyczenie książki!
PPS. Cztery „amerykańskie” książki Lahiri, w tym nagrodzony Pulitzerem debiut z 2000 roku, „Tłumacz chorób”, zostały przetłumaczone na polski, muszę się rozejrzeć w tej kwestii książkowo.

Fryzjer damski na tropie, czyli absurdy u Mendozy

Jeśli idzie o Mendozę, to doświadczenia mam dwojakie: po pierwsze, dużej zacności „Walka kotów”, czyli Madryt lat 30-tych, obraz Velázqueza, intrygi polityczne i szczypta romansu. Po drugie, „Przygoda fryzjera damskiego”, czyli jedna z części cyklu o damskim fryzjerze, najgorszym detektywie świata (tak, wiem, że czytam od środka całokształtu, brawo ja). Gdyby ulokować obydwie pozycje na jakieś ogromnej liście the best of Malita, to ta pierwsza plasowałaby się lata świetlne przed tą drugą – z prostej przyczyny, powieści historyczne pełne intryg lubię bardziej niż pastisze. Nie zmienia to faktu, że gdyby w skrzynce odnalazłam przepremierowy egzemplarz piątego tomu przygód damskiego fryzjera, postanowiłam dać mu (i fryzjerowi, i Mendozie) jeszcze jedną szansę w tej kwestii.

Tym razem idzie o ciało topmodelki, Olgi Baxter, znalezione w pewnym ogródku. Nasz bezimienny bohater-fryzjer, wyłuskany z ośrodka dla umysłowo niepełnosprytnych, zostaje najpierw poproszony o rozwikłanie pozornie błahej sprawy zaginionego psa, tylko po to, by nagle stać się głównym oskarżonym w sprawie śmierci Olgi. W toku tejże sprawy co i rusz ucieka, odnajduje rzeczonego psa, zaprzyjaźnia się z transwestytą panną Westinghouse i pożycza od niej (niego?) stroje (męskie, nie damskie) oraz staje się regularnym gościem Casa Cecilia, kuchnia riojańska. Korowód dziwacznych postaci ciągnie się za nim w te i wewte, przybliżając i/lub oddalając naszego bohatera od Ostatecznego Rozwiązania. Oczywiście, nie idzie tu bowiem tylko o śmierć topmodelki, ale o spiski, sekretne organizacje i przejęcie władzy nad światem (a przynajmniej nad okolicą) – i tylko demaskując od lat skrywane tajemnice hiszpańskiego półświatka nasz fryzjer będzie mógł dowieść swojej niewinności.

Absurdy dwoją się i troją w absurdalnym – nomen omen – tempie, a najbardziej spektakularnym z nich jest głosowanie na Pewnej Tajnej Nardzie, gdzie wszyscy są za, wszyscy są przeciw i jednocześnie wszyscy wstrzymują się od głosu (i wszystko jest absolutnie zgodnie z protokołem, dodajmy). Choć, jako się rzekło już w przypadku poprzedniej opowieści o fryzjerze, nie jest to „mój” typ humoru, to jednak ze strony na stronę bawiły mnie nawet nie tyle te absurdy, ale to, do jakiego stopnia Mendoza pociągnie tą groteskowość. Nie można odmówić mu też erudycji, co to, to nie – intertekstualnie załapał się między innymi profesor Higgins, Dasein i Martin Heidegger.

Z tym, że bawiło mnie to mniej więcej przez pół książki, a konkretniej, przez część pierwszą – potem zaczęło nużyć. Skądinąd część druga, która dzieje się kilkanaście lat później, została doklejona w mało sensowny sposób; mam wrażenie, że to było jak poszukiwanie ostatecznej bezsensowności, na zasadzie: co by tu jeszcze dołożyć, żeby było jak najbardziej odjechane… Tytułem stylistycznym dodam jeszcze, że choć, jak wspomniałam, erudycja i nawiązania intertekstualne na pięć plus, to jednak parę czysto językowych rozwiązań wprowadzało mnie w stan prawdziwej irytacji, a zwłaszcza pojawiająca się co parę stron konstrukcja „już to, już to” (przykładowo, za stroną 96, „w pękatej torbie obok próbek i folderów reklamowych nosił pończoch, skarpetki, neseserek z przyborami toaletowym wszelkiego rodzaju, perukę i zestaw sztucznych wąsów, wszystko to w celu składania wizyt swym klientom już to jako mężczyzna, już to jako kobieta”). Nie wiem, czy to ulubiony zwrot Mendozy, czy tłumaczki, ale na pewno nie mój.

Ergo. Jeśli zatem idzie o Mendozę, to podtrzymuję –  powieści na poważnie: tak, powieści na mniej poważnie: jednak dziękuję.

PS. Za książkę dziękuję wydawnictwu Znak Literanova!
PPS. Ale okładki ta seria to ma wyjątkowo udane.
PPPS. Warto wpisać w kalendarz: 4 października Mendoza w Polsce!

Dzieła zebrane #16

Czasem jestem sama z siebie dumna – inauguracja #DziełZebranych była świetnym pomysłem, bo naprawdę w przypadku niektórych książek trudno zebrać myśli na tyle, by poprowadzić oryginalny wywód. Niekiedy po prostu nie ma zbyt wiele do dodania, bo to po prostu kolejny tom jakiegoś cyklu albo wszyscy już tyle mądrych rzeczy napisali, że właściwie nie czuję się na siłach, by dopisać jakąś błyskotliwą myśl do istniejącego zbioru. Egzemplifikacje tychże dwóch tendencji – proszę uprzejmie zerknąć niżej.

„Historia zaginionej dziewczynki” Elena Ferrante

O Ferrante nie ma się co rozpisywać, wiele atramentu przelano na jej temat, odkąd jej powieści rodem z Neapolu zachwyciły świat cały (nie, żebyśmy znali prawdziwą tożsamość autorki, ale mniejsza o to). Historia Eleny (bohaterki, nie pisarki), jej przyjaciółki Liny oraz całej dzielnicy zaczyna się od „Genialnej przyjaciółki”, a kończy właśnie na tejże „Historii zaginionej dziewczynki”. Mam w tej kwestii dwa komentarze. Primo, niebywała jest obrazowość narracji Ferrante. Jakbym się zanurzyła w codzienne życie dzielnicy, jakbym widziała te ciasne uliczki, pranie wiszące nad przejściem, bar-cukiernię Solarów, wędliniarnię i bibliotekę, ba! jakbym czuła duszący zapach tego wszystkiego. Secundo, równie niebywałe jest to – tu odwołam się do bardzo trafnego spostrzeżenia mojej koleżanki zwanej Siewiorem – że nie cierpię równo wszystkich bohaterów, a i tak nie mogłam się oderwać. I przyznaję, że czytałam niecierpliwie, byleby skończyć i mieć za sobą. Więc skończyłam całokształt. I dalej nie cierpię wszystkich postaci. Ale napisane jest to wyśmienicie.

„Historia pszczół” Maja Lunde

Nagrody były rozdawane, krytycy i blogerzy zachwyt wyrażali (zerknijcie choćby na świetny tekst Tanayah), narody klękały – nic dziwnego, że oczekiwałam czegoś wyjątkowego. Długo mi zajęło nadrobienie zaległości (cała moja familia przeczytała powieść Lunde przede mną, to się rzadko zdarza!), ale oto nadrobiłam… i nie zachwycam się. Owszem, rozplanowanie historii na trzy poziomy czasowe (Anglia roku 1852, Stany w 2007 i Chiny czasu przyszłości, to jest 2098) wyszło świetnie, zestawienie trzech porywających głównych postaci również. Ale nie w tym rzecz, gdyż moja niechęć ma podłoże w czymś zupełnie innym: otóż nie lubię żadnych opowieści, które zmierzają ku ewidentnej katastrofie. W to wpasowują się wszystkie możliwe filmy katastroficzne (może wyjąwszy „Pojutrze”, ale już stanowczo odmówiłam pójścia do kina na „2012”) i inne narracje, które zakładają w miarę możliwą ziemską zagładę, a już zwłaszcza taką, którą sprowadziliśmy sami na siebie (fikcyjnym kosmitom takie rzeczy jak eksterminacja planety jestem bardziej skłonna wybaczyć). A „Historia pszczół” ewidentnie pokazuje, jak przez własne działania ludzkość spowodowała wymarcie pszczół… i w efekcie upadek wszystkiego, co uważaliśmy za cywilizowane. Uznaję zatem oryginalność konceptu, ale nie mogę powiedzieć, że mi się podobało.

PS. Mamie-Malicie dziękując za pożyczenie obydwu książek!

Któż pamięta Ludzi z Ziemi Ognistej?

raspailJedną z co zacniejszych zalet poznawania nowych ludzi jest to, że można się wymieniać tytułami wartych czytania książek. Nie wdając się w zbyt rozległe opowieści, wracaliśmy z wyjazdu w bardzo magiczne miejsce i dyskutowaliśmy kilkuosobową ekipą o wszystkim, co ważne – w tym o literaturze. Ja, rzecz jasna, skrupulatnie notowałam kolejne godne uwagi pozycje, a po powrocie z radością odkryłam, że Jagiellonka trzyma poziom i posiada w swych przepastnych zbiorach tak niepozorną i mało znaną pozycję, jak „Któż pamięta Ludzi z Ziemi Ognistej?” Jean Raspaila, książeczkę napisaną w połowie lat 80-tych.

Właśnie, któż? Słyszeliście kiedyś o Kaweskarach? Przypuszczam, że wątpię. Na wpół wymarłe plemię, zwane również Alakaufami i Peszerejami, zwykło opływać swymi topornymi łodziami Ziemię Ognistą, polując na foki i smarując się ich tłuszczem, by uchronić się od zimna. Ich jedynym domem były łodzie i namioty, rozstawiane tu i ówdzie. Gdy nadchodzili obcy, Kaweskarowie nie podejmowali walki, tylko nawoływali się krótkim Arka! W drogę! i wyruszali, byle dalej od niebezpieczeństwa, które im grozi, a które w końcu zepchnie ich na krańce świata. Niewiele potrzebowali: ot, pełen żołądek i ciepło dookoła. Nawet wtedy jednak nie mogli tego nazwać stanem szczęśliwym, bo w swoim języku Kaweskarowie nie posiadali określenia ani na szczęście, ani na Boga – jest tylko Ayayema, podstępny duch zła, czyhający na wszystko, co żywe –  siebie zaś określali po prostu „ludźmi”.

https://i2.wp.com/www.limbos.org/sur/alak/alak16.jpg
Kobiety Kaweskarów w tradycyjnej łodzi, rok 1907

To wizja powieściowa i jako taka ma swoje ograniczenia; ma też swoją siłę rażenia. Raspail kreśli ni to nostalgiczną, ni to pełną pobłażania historię zapomnianego, prymitywnego ludu, którego największą innowację przez pięć tysięcy lat stanowiło przejście z łodzi budowanych z kilku kawałków drewna na te wykonane z jednego, ale dużego i mniej przepuszczającego wodę. Jeden powieściowy zabieg zasługuje tu na szczególne podkreślenie: każdy prawie mężczyzna, przedstawiony w danym rozdziale, zwie się Lafko, syn Tawa, syna Lafka. Lafko, czyli „dzień”. Dobre imię, odstraszające Ayayemę. I tak wszyscy bohaterowie na przestrzeni powieści zdają się zlewać w jedną postać, żyjącą przez pięć tysięcy lat i bezpowrotnie zmierzającą ku zagładzie.

Choć głosy krytyków były podzielone – niektórzy uważali, że Raspail popełnił błąd, przedstawiając Kaweskarów jako lud wymarły, wszak ich potomkowie wciąż żyją – mnie przede wszystkim uderzyło, jak przykra jest ta książka. Raz jeszcze światli a cywilizowani Europejczycy w konfrontacji z nieznanym dotąd plemieniem prezentują postawę w stylu „ech, te brudne, brzydkie dzikusy, nawet jak się ich umyje i nawróci, to nic z tego nie będzie”. Prym wśród nich wiedzie Charles Darwin, który po kontakcie z Kaweskarami u wybrzeży Ziemi Ognistej nie szczędził ostrych słów: „najnędzniejsze i najbardziej upośledzone istoty, jakie kiedykolwiek oglądałem” (więcej soczystych epitetów: tuże). Niezrozumienie jednych przez drugich przynosi same nieszczęścia. Mniejsza o momentami dość protekcjonalny stosunek autora do swoich (powieściowych, przypominam) bohaterów. Całość tchnie smutkiem i beznadzieją, od samego zarania powieści – i dziejów Kaweskarów – zmierzając ku niechybnemu końcowi.

Bo któż pamięta ludzi z Ziemi Ognistej…

PS. Toporowi za opowieść o tej opowieści – dziękując!
PPS. Chilijski reżyser Patricio Guzmán w jednym ze swoich dokumentów, zatytułowanym , opowiada o Ziemi Ognistej i oddaje też głos Kaweskarom – posłuchajcie.

Dobra karma wraca, czyli wampiry

Niedostatki samego namysłu nad książką pewną historią zamaskuję, pozwólcie (Yoda mode: on). Otóż jakiś czas temu odezwał się do mnie fesjbukowo pewien młodzian, powołując się na naszą wspólną znajomą i zapytując, czy aby nie posiadam dalej „Zbrodni roślin” Amy Stewart. Albowiem jego luba bardzo chciałaby rzeczoną książkę przeczytać, a nie można jej już nabyć klasyczną drogą kupna, to jest w księgarni. Wiadomo, dla lubych robi się rzeczy niebywałe, od krokodyli po książki, więc czemu nie.

Wyznaję zasadę, że książki w miarę możliwości należy puszczać w świat, żeby służyły ludziom (wyjąwszy te najbardziej umiłowane egzemplarze, których nie pożycza się nikomu ani nigdy, zezwalając na lekturę tylko na miejscu i to w rękawiczkach o niepokalanym stanie bieli), więc zgodziłam się na wymianę. Wspomniany dobry człowiek zasypał mnie listą książek, które mógłby oddać w zamian za „Zbrodnie”, a ja poszłam w kierunku wampirzym, decydując się na Chelsea Quinn Yabro, słynącą z horrorowych opowieści. Uraczona obietnicą otrzymania od razu dwóch części wampirzego cyklu, wysłałam „Zbrodnie” (doszły na drugi dzień, Poczto Polska, nie przestajesz mnie zaskakiwać) – i jakiś czas temu dostałam i ja tłustą paczuchę. W środku były nie tylko książki, fura pięknych zakładek i elegancki breloczek, ale i list dziękczynny! Zadziwiła mnie szczodrość tego gestu, i zaprawdę powiadam Wam, dobro ludziom uczynione wraca po trzykroć.

Hotel Transylwania
A to tylko część paczuchy!

Sama książka – „Hotel Transylvania”, pierwszy tom cyklu o hrabim Saint-Germaine – nie należy co prawda do dzieł wyjątkowo wybitnych, ale wcale nie miałam krzywdy. Mianowicie, rzecz dzieje się w jednej co bardziej lubianych przeze mnie czasoprzestrzeni, to jest w nowożytnej Francji, dokładniej w Paryżu Anno Domini 1743. Na salonach debiutuje zjawiskowa Madelaine de Montalia (opis każdej sukni w pakiecie), i nie wie nawet, jak straszliwe i mroczne czeka ją niebezpieczeństwo. Oto tajne stowarzyszenie o ciągotach satanistycznych nie cofnie się przed niczym, by złożyć młode dziewczę w ofierze podczas jednego ze swoich makabrycznych rytuałów… na szczęście, na ratunek rusza hrabia Saint-Germain, szarmancki i zdający się skrywać jakąś tajemnicę (no pewnie, że tak). Zawsze wytwornie odziany w najbardziej wykwintną czerń, obeznany w arkanach alchemii i sztuce fechtunku, utalentowany kompozytor i prawdziwy bywalec salonów o nienagannych manierach. A to, że nie posiada odbicia w lustrze… kto by się tam przejmował błahostkami.

Klimaty francusko-czarownicze są mi bardzo bliskie, acz „Czary Wyroczni” nic nie przebije (skądinąd, tłumacz „Hotelu Transylvania” zaliczył mini-wtopkę, uznając przesławną La Voisin za faceta – gdzieś tam w piekle Królowa Wiedźma ma niezły ubaw). Nie zmienia to faktu, że powieść Chelsea Quinn Yabro jest dobre skonstruowanym czytadłem, gdzie akcja toczy się warto, źli faceci są odrażający, dobrzy faceci są przystojni, a piękne kobiety omdlewają z rokoszy w swoich przepysznych toaletach. Raz na jakiś czas bardzo dobrze przyjąć powieść w tym stylu (to samo tyczy się paranormal young adult, jak cykl o „Domu nocy” duetu pań Cast, który nie wymaga zaangażowania intelektualnego większego niż posiada chomik w tym swoim kołowym biegadełku). Warto w tym momencie wspomnieć, że Chelsea Quinn Yabro wydała już kilkadziesiąt książek związanych z hrabią Saint-Germain, a swoim cyklem zadebiutowała w 1978 roku, czyli na dwa lata po „Wywiadzie z wampirem” Anne Rice, a całe wieki przed tym, jak Elena nie mogła wybrać między Damonem a Stefanem, a Bella poznała Edwarda.  Ergo raz na jakiś czas, wampirze opowieści dobrze robią, zapewniając odrobinę rozrywki tudzież odmóżdżenia.

I pamiętajcie, dobra karma zawsze wraca.
Nawet, jeśli obrodzi wampirami.

PS. Marcinowi, sprawcy całego zamieszania, przesyłając pozdrowienia i podziękowania!