Tove Jansson: o słonecznym mieście i kamiennym polu

sloneczne-miastoNie-Muminkowa twórczość Tove Jansson ciekawiła mnie od dawna – jako dziecko, rzecz jasna, lubiłam Muminki i całą tą radosną czeredę ich przyjaciół (Włóczykij! Mała Mi!), animowana wersja ich przygód należała do moich ulubionych dobranocek (sama autorka zresztą nie znosiła japońskiej animacji, uznając, że zdecydowanie zniekształciła ona literacki pierwowzór). Książki też się czytało, wiadomo. Dopiero stosunkowo niedawno odkryłam, że Jansson popełniła siła innych rzeczy, nie tylko historii o małych trollach i wielkiej powodzi. Wydawnictwo Marginesy wydało właśnie jednotomowo dwie powieści fińskiej pisarki, a ta tytułowa, „Słoneczne miasto”, ukazuje się w Polsce po raz pierwszy.

„Słoneczne miasto” leży zatem na Florydzie i nosi dumną nazwę Saint Petersburg. Pogoda dopisuje tu każdego dnia, ciepłe promienie słońca oświetlają szerokie drogi i bujane fotele na przestronnych werandach, a palmy przy esplanadach kołyszą się leniwie wraz z łagodnym wietrzykiem. Cisza. Spokój. Sielanka. Idealne miejsce, by w letniej błogości spędzić jesień swego życia – w Saint Peterburgu prawie każde domostwo to pensjonat dla seniorów, pełno też fryzjerów specjalizujących się w układaniu siwych loków, na co drugim kroku można zasięgnąć porady w kwestii emerytury czy bezpłatnie zmierzyć ciśnienie. I cisza. I spokój. I sielanka. Ale pod tą sielankową, spokojną ciszą skrywają się różne dramaty, tęsknoty, emocje i niesnaski.

Jansson opisuje zaskakująco fascynujący świat rezydentów słonecznego miasta, tych zgorzkniałych i tych oczekujących z radością każdego nowego dnia, tych zamkniętych w sobie i tych brylujących w towarzystwie, tych zajętych wyłącznie lekturą coraz to nowych książek i tych niecierpliwie oczekujących sezonowego balu i konkursu na najbardziej wyrafinowany kapelusz. Kontrapunkt dla „rezydenckich” postaci stanowi para młodych zakochanych, Linda, pracująca w pensjonacie Butler Arms i Joe, zabawiający turystów na replice słynnego okrętu Bounty i wyczekujący na list z wieścią o przybyciu Jezusa do Miami.

A to replika Bounty, faktycznie cumowała w Saint Petersburgu

Druga z powieści, „Kamienne pole”, jest znacznie krótsza i koncentruje się właściwie na jednej postaci: Jonaszu, emerytowanym dziennikarzu, który planuje napisać biografię niejakiego Igreka. Plan ten okazuje się być punktem wyjścia do dużo bardziej osobistych refleksji – Jonasz, gromadząc materiały na temat swego bohatera, zaczyna zastanawiać się nad swoim własnym życiem i dostrzega, jak wiele rzeczy mu umknęło. Zapatrzony w maszynę do pisania i bezustannie poszukujący właściwych słów do opisu świata, zaniedbał rodzinę i właściwie zupełnie nie zna swoich córek. Do tego jeszcze Igrek, swego rodzaju nemezis naszego bohatera, zaczyna dominować nad życiem Jonasza. Bolesne rozważania łagodzą kolejne butelki, ale co będzie, gdy ich zabraknie?

„Słoneczne miasto” – widziane jako całość – to historie, w których nic się nie dzieje, a jednocześnie dzieje się wszystko. Mam tu na myśli najbardziej to, że nie chodzi o dramatyczne zwroty akcji (choć nie zabraknie ich w zupełności), a tworzenie pewnej wyjątkowej atmosfery. Choć pojawiają się tu konkretne miejsca i konkretne postaci, to jednak nie sposób oprzeć się wrażeniu, że mogłoby się to dziać wszędzie i nigdzie jednocześnie (tony znane choćby z Ursuli K. Le Guin). I im dłużej myślę o tej książce, tym bardziej mi się podoba.

PS. Bardzo dziękuję za książkę Wielce Uroczej Pani Redaktor z wydawnictwa Marginesy!

Dzieła zebrane #20: Piskorski, Simmons, Atwood

Od jakiś trzech tygodni pieczołowicie zbierałam przemyślenia na temat fantastycznych książek (tu mam na myśli przede wszystkich gatunek), żeby je zestawić w krótkim a tematycznym wydaniu #dziełzebranych. Pierwotnie miała się do nich zaliczyć także historia o Londynie czterech kolorów, ale jakoś tak… popłynęłam z pełnym tekstem. Ale teraz, proszę bardzo, trzy fantastyczne powieści!

„Cienioryt” Krzysztof Piskorski

cieniorytPłaszcz, szpada, cienie – te trzy elementy składają się na powieść z intrygującego uniwersum, które stworzył Krzysztof Piskorski. Echa jego świata pobrzmiewają w znanych nam nazwach i miejscach, jak Seriva, scena całej akcji. Portowe miasto kipi od knowań grandów i inkwizycji, a każdy cień, rzucony przez człowieka czy budynek, prowadzi do cieńprzestrzeni, niebezpiecznej, choć bardzo użytecznej. Naszym przewodnikiem po Serivie jest Arahon Caranza Martenez Y’Grenata Y’Barratora, znakomity szermierz, obecnie najemnik. Oczywiście, wplątuje się w intrygę, która zatrzęsie posadami przestrzeni po jasnej i po ciemnej stronie – i tylko od jego szpady będzie zależał los całego świata. Od jego szpady… i tajemniczego artefaktu, czyli tytułowego cieniorytu.

Doceniam bardzo koncept: znakomicie przemyślany świat, wraz z cieńprzestrzenią i odpowiednią dozą smaczków intertekstualnych. Bohaterowie, historia, przebieg akcji – wszystko na solidną piątkę. Nie popadam w zachwyty ostateczne tylko dlatego, że nigdy nie byłam fanką gatunku „płaszcz i szpada”, a i klimaty okołohiszpańskie też nie należą do moich ulubionych. Niemniej całość naprawdę zacna.

„Upadek Hyperiona” Dan Simmons

upadekNiebywale sfatygowany egzemplarz, przyniesiony z Jagiellonki, musiał chwilę odczekać, zanim zabrałam się za poznanie ciągu dalszego Pielgrzymów z „Hyperiona”. Simmons zostawił czytelników (i Pielgrzymów) w dość dramatycznym momencie – oto stoją przed Grobowcami Czasu z nadzieją na spotkanie Chyżwara. Tymczasem, Hegemonia prowadzi wojnę z Intruzami, co przyniesie niewyobrażalne straty dla wszystkich planet Sieci. Okazuje się, że nie zagrożenie nadciąga nie tylko ze strony statków Intruzów, ale już od dawna buzuje w samym sercu Hegemonii…

Tak, jak byłam zachwycona częścią pierwszą, tak tą drugą jestem znużona. Nie byłam w stanie przebrnąć „Upadku” z należytą uwagą i starannie doczytać całości do końca. Zagubiłam się w zawiłościach TechnoCentrum, rozterkach związanych ze sztuczną inteligencją i próbami stworzenia Najwyższego Intelektu. Wina leży tu częściowo po mojej stronie, wszak mogłam się zmusić i skupić, ale jakoś… nie czułam presji. Niestetyż.

„Oryks i Derkacz” Margaret Atwood

Atwood_okladki_2Mocne uderzenie na koniec zestawienia, raz. Antyutopie ostatnio w modzie, jak zauważono w magazynie „Książki” – vide choćby serial na podstawie „Człowieka z Wysokiego Zamku”. Trylogia Margaret Atwood właśnie w antyutopijnym klimacie ponownie ukazuje się w Polsce, zaczynając od powieści „Oryks i Derkacz”. Budzimy się wraz z Yetim, prawdopodobnie ostatnim żywym człowiekiem, w postapokaliptycznym krajobrazie, pełnym zmutowanych stworzeń i wciąż jeszcze świeżych resztek dawnej cywilizacji. Jedyne przyjazne istoty to dzieci Derkacza, człowiekopodobne i łagodne jak baranki, nie rozumiejące zupełnie świata sprzed zagłady. Yeti poucza je i trochę wychowuje, zachowując się czasem jak antropolog wśród ludów pierwotnych, a czasem jak prorok, przekazujący treści objawione mu przez boskość. Atwood stopniowo pokazuje, jak doszło do tej sytuacji, przywołując w retrospekcjach dzieciństwo Yetiego – wtedy nazywanego Jimmy – którego najlepszym przyjacielem był genialny chłopiec, Derkacz, obdarzony niebywałym intelektem i porażającą wizją naprawy świata.

Całość jest prostu wstrząsająca, nie tylko z uwagi na bardzo rzeczowo opisany świat po katastrofie, ale równie rzeczowo odmalowaną rzeczywistość tuż przed nią – przeludnione plebsopolie, które żywią się modyfikowanym genetycznie jedzeniem, Moduły, skupiające uprzywilejowanych i bogatych, przemoc i seks spływające strumieniami poprzez media… nie sposób odnieść wrażenia, że taki świat czeka na nas tuż za drzwiami. Ba, już trochę wpycha się do środka.

PS. Dziękuję za ebook powieści Atwood wydawnictwu Prószyński i S-ka.
PPS. A myszkovskiej za pożyczenie Piskorskiego (zwlekałam z czytaniem TAK BARDZO, wiem, przepraszam…).

Najdłuższa noc w Belle Epoque, czyli zbrodnia w Krakowie

najdluzsza-nocObrodziło nam w zbrodnicze książki, które się dzieją w Krakowie czasów dawnych – moja krakowska dusza wielce się raduje, nawet mniej o tą zbrodnię (jakkolwiek by to nie brzmiało), a bardziej właśnie o lokalizację. Już niezwykła dama, królowa pischingera znana jako Maryla Szymiczkowa (aka duet Dehnel&Tarczyński) wskazała czytelnikom, jakże zacne jest to tło dla wszelakich intryg kryminalnych. Ostatnio natomiast, gdzie człowiek nie zerknął, to zwiastowano mu nadejście serialu „Belle Epoque” – co i rusz natykałam się na plakaty „na mieście” tudzież na wywiady, zwiastuny, teasery. Dodam więcej, niektóre sceny kręcono koło mojego Instytutu, tuż przy Grodzkiej, zatem czuję się emocjonalnie zaangażowana. Ale to nie tylko o mały ekran chodzi, nie nie!

Otóż rzecz w tym, że wraz z telewizyjną „Belle Epoque” wychodzi książka, popełniona przez współscenarzystów serialu. „Najdłuższa noc” Marka Bukowskiego i Macieja Dancewicza nie stanowi literackiego pierwowzoru dla serialowej historii, raczej zapewnia jej swobodne towarzystwo – bohaterowie pozostają ci sami, historia również, ale powieściowa wizja jest dużo bardziej dogłębna i rozwija wiele wątków, których w serialu nie uświadczymy. Przynajmniej tak idzie nam sądzić z pierwszego odcinka, na dalsze paralele i różnice przyjdzie czas.

belle-epoque
Serialowy mroczny Jan i jego dawna ukochana, Konstancja

Wszystko zaczyna się w grudniowy poranek Roku Pańskiego 1905, kiedy to miejski latarnik, gasząc gazowe latarnie na Plantach, odnajduje zwłoki młodej damy na ławeczce w pobliżu Barbakanu. Okaleczona dziewczyna to dopiero pierwszy z trupów, a będą się ścielić gęsto. Szaleniec grasuje po mieście, szaleniec bardzo… oczytany w żywotach świętych. Tymczasem, do Krakowa powraca po długiej nieobecności Jan Edigey-Korycki, który z rodzinnego miasta musiał uchodzić z uwagi na komplikacje miłosno-rodzinne: mówiąc wprost, pojedynkował się z bratem ukochanej, brat zmarł, ukochana podobno również, a Jan zaciągnął się na statek i wypłynął w świat, byle dalej. Ze sporadycznych wieści, przysyłanych z domu, dopiero wiadomość o śmierci matki ściągnęła go z powrotem. Śmierć ta, jak się okazuje, wcale nie była spokojnym końcem żywota szacownej damy, a kolejnym przemyślanym morderstwem.

Jan wraz ze swoim dawnym przyjacielem Henrykiem Skarżyńskim, obecnie doktorem pracującym w policyjnym laboratorium, próbuje rozwikłać zagadkę wszystkich zbrodni. Towarzyszy im młodsza siostra Henryka, chemiczka Weronika – rzecz jasna, beznadziejnie w Janie zakochana. Na pomoc władz rzadko mogą liczyć – komisarz policji Rudolf Jelinek święcie wierzy w możliwość zidentyfikowania sprawcy dzięki jego podejrzanej fizjonomii (wiadomo, w myśl antropometrii pewne cechy oblicza sugerują skłonności mordercze) i nie zważa na nowoczesne techniki kryminalistyczne. A ofiar przybywa!

Jak wiadomo, każda książka, która dzieje się w Krakowie, na dzień dobry ma u mnie plusa (nawet, jak potem wychodzi na jaw słabość i smutność, vide „Kobiety z ulicy Grodzkiej”). W przypadku „Najdłuższej nocy” nie jest źle, wręcz przeciwnie. Natrafiłam na kilka mocno krytycznych recenzji (tu najbardziej miażdżąca – ostrożnie, lekkie spoilery), ale daleka będę od potępiania w czambuł. Tak, Korycki może i jest wcieleniem ideału, pozostałe postaci również raczej schematyczne, intryga niezbyt wyrafinowana, ale nie czytało się źle. Zakończenie, dość… fantastyczne, naprawdę mi się podobało. Domyślam się, że research nie był tak intensywny, jak w przypadku przygód profesorowej Szczupaczyńskiej, niemniej całość wypada przyzwoicie. I tego się trzymajmy.

PS. Za egzemplarz recenzencki pięknie dziękuję wydawnictwu Muza!

PPS. A jeśli chodzi o pierwszy odcinek serialu, to jestem solidnie rozczarowana. Piękne, acz niepokalane kostiumy i prześwietlone plany zdjęciowe jakoś nie grają mi z wyobrażeniem o Krakowie XIX wieku. Jedyne, co sprawiło mi radochę, to rozpoznawanie budynków z planu. Mam zaległości w naprawdę świetnych serialach, więc „Belle Epoque” spada na bardzo dalekie miejsce na liście „to-be-watched”.

Londyn w czterech odcieniach magii

londyn-czerwonyJedna z zasad rządzących czasem wolnym brzmi: im więcej oglądasz seriali/filmów, tym mniej czytasz książek. Nigdy, co prawda, nie oznacza to przejścia do stanu „nie czytam nic, tylko oglądam” lub odwrotnie, po prostu proporcje się zmieniają. Wychodzę z założenia, że należy rozsądnie poświęcać się jednemu i drugiemu, ale są takie okresy, że pochłaniam jedną książkę za drugą, i takie, że wolę po prostu zasiąść na naszej olbrzymiej kanapie i przyjąć odpowiednią ilość emocji dzięki małemu ekranowi (no, chyba, że akurat mecz, to wtedy kanapa i TV zajęte). Więc ostatnio nadrabia się seriale, ale szczęśliwie jeździ się też pociągami – te zaś bywają spóźnione, co przynosi dużo czasu na czytanie tego, co się na podróż wzięło. Dzięki temu, ostatnia podróż na trasie Kraków-Warszawa-Kraków przyjęłam trzy książki. O dwóch już Wam opowiedziałam (ostatnio o tej!), pora na trzecią: „Mroczniejszy odcień magii” V. E. Schwab.

Otóż wyobraźcie sobie, że jest Londyn. Nietrudno, prawda? A teraz wyobraźcie sobie, że to nie jedno miasto, a cztery – w czterech różnych światach. Szary Londyn, rządzony przez szalonego króla Jerzego III, do złudzenia przypomina miasto z naszej rzeczywistości gdzieś w XVIII wieku. Ani to czyste, ani interesujące, mało kto wierzy w czary, a ci, którzy wierzą, skazani są raczej wyłącznie na kolekcjonowanie magicznych artefaktów, których nie potrafią użyć. Biały Londyn natomiast to miasto zniszczone magią, spustoszone przez wojny i rządzone twardą ręką przez bezwzględne rodzeństwo o dość nieobliczalnym charakterach. Magia miewa się dobrze z kolei w Czerwonym Londynie, gdzie wszyscy szanują jej moc i utrzymują równowagę w rzucaniu czarów. Jeszcze Czarny Londyn, ale dziś… dziś to tylko legenda, albo plotka, której lepiej nie wspominać. Lepiej? Bezpieczniej!

Międzymiastowe drzwi zamknięto dawno temu i tylko nieliczni potrafią teraz przemieścić się z jednego Londynu do drugiego. Do tych nielicznych należy Kell, młody mag, który bierze na siebie różne dyplomatyczne obowiązki jako ambasador rodziny królewskiej z Czerwonego Londynu. Przy okazji rozwija swoje hobby, mianowicie drobny przemyt, gromadząc artefakty ze wszystkich miast. Poboczna działalność, jak można się domyślać, przyniesie mu same kłopoty – a wszystko za sprawą zakazanego drobiazgu z Czarnego Londynu. Kell, rzecz jasna, wpląta się w między-światową intrygę i będzie musiał wiele poświęcić, by ocalić siebie, swoich bliskich i wszystkie znane mu Londyny na dokładkę. Pomagać –  i przeszkadzać trochę też – będzie mu w tym młoda i diablo sprytna złodziejka, Lila Bard, pochodząca z Szarego Londynu i marząca o własnym statku pirackim. Dzielny duet, a jakże, będzie musiał najpierw zaufać sobie wzajem, a potem ruszyć na podbój miast i światów. Klasyka.

Więc co, Londyn i magia? Od razu zakrzyknęłam, że biorę w ciemno. I słusznie, że wzięłam, bo debiut-dla-doroślejszego-czytelnika pióra Victorii Schwab jest naprawdę – przepraszam, że tak bezpardonowo, ale inaczej trudno – bardzo fajną książką. Mamy bardzo intrygujący pomysł na świat, bohaterowie co prawda na siłę nieco obliczeni na to, by ich polubić, niemniej nie przeszkadza mi to zanadto. Całość bardzo  ładnie wydano, oryginalna wersja posiada identyczną okładkę. Za granicą wydano już tom drugi, tom trzeci w natarciu, aczkolwiek nie czuję palącej potrzeby zapoznania się z dalszym ciągiem: „Mroczniejszy odcień magii” stanowi zamkniętą całość, z widokami na przyszłość, ale nie aż tak kuszącymi, by wertować kolejne części w oryginale, nie czekając na przekład.

Tak czy tak – znakomita lektura do pociągu (pamiętacie moją kategorię „dopociągową”? To właśnie to!). Powieść Schwab nie należy do Dzieł Najbardziej Wybitnych i takich, które będę pamiętać jeszcze długo, ale pomysł miała naprawdę świetny, wykonanie również przyzwoite, czysta przyjemność. I o to chodzi.

PS. Nikt inny, tylko myszkovska pożyczyła. Z reguły tak jest, że wychodzę od niej z siatką książek. Z siatką książek też przychodzę, wymiana być musi.
PPS. Autorka niedługo rusza a w trasę promującą trzecią a ostatnią z książek i muszę przyznać, że razem trylogia prezentuje się bardzo elegancko.

Matka Polka Feministka

matka-polka-feministkaO rodzicielstwie mówić i pisać jest niełatwo, zwłaszcza, jeśli chce się stworzyć wstęp do dyskusji i uniknąć przy tym moralizowania oraz wypowiedzi kategorycznych, przeświadczonych o własnej racji – przynajmniej tak zakładam, bo z własnego doświadczenia o byciu rodzicem wiem raczej niewiele. Ale inni wiedzą. I potrafią o tym opowiedzieć. Joanna Mielewczyk zatem opowiada, wraz z bohaterami swojej Trójkowej audycji, „Matka Polka Feministka”. Z dziesiątek znanych z radia historii w formie książkowej poznajemy tylko część, co daje osiemnaście spotkań z wyjątkowymi bohaterami, spotkań różnorodnych, wzruszających i dających do myślenia. Niektóre rozmowy radiowe zyskują ciąg dalszy, są nowe rzeczy, które koniecznie trzeba dopowiedzieć, pochwalić się, przestrzec.

Matki Polki Feministki płci obojga (tak, tak, głos ojcowski słychać mocno!) w rozmowach z Joanną Mielewczyk poruszają wiele spraw. O perfekcji w dążeniu do byciu matką, o innym niż dominujący światopoglądzie, o późnym i samotnym/samodzielnym macierzyństwie, o dzieciach chorujących, o rozwodzie, który może być przeprowadzony z klasą, o utracie żony i samotnym wychowaniu trójki synów. O wzlotach i upadkach. O decyzjach trudnych i niemożliwych.

To, co jest największą siłą Matki Polki Feministki, to brak nachalności i wielki takt w pokazywaniu przeżyć bohaterów radiowych rozmów. Tematy, które podejmowali, są trudne: mówienie otwarcie o aborcji czy in vitro, zwłaszcza w Polsce, zawsze wymaga odwagi. Ale tak samo odwagi wymaga mówienie o sobie jako o rodzicu – zarówno matce, jak i ojcu – o swoich sukcesach i porażkach, o planach, marzeniach i szansach na ich zrealizowanie. Lub ich braku.

„Matkopolkowanie”, czyli, jak pisze autorka, robienie miliona rzeczy zupełnie bez sensu i wbrew sobie, w zestawieniu z feminizmem może brzmieć nieprawdopodobnie. Niemniej właśnie o to chodzi: autorka pisze we wstępie, że okazało się, że audycja Matka Polka Feministka to zwyczajna rozmowa, która bardziej łączy niż dzieli. Ja osobiście mam nadzieję, że i z książką tak będzie, bo przyznaję, nie mogłam się oderwać. Całokształt wszystkich historii, choć niekiedy bardzo trudnych i przykrych, wprawia w poczucie ostrożnego i błogiego optymizmu. Ciepłego przekonania, że mimo wszystko będzie dobrze. Paradoksalnie, bardzo kojąca jest ta książka. I bardzo potrzebna, jako że pokazanie właśnie w takiej zwyczajnej rozmowie innych sytuacji, problemów i pomysłów na życie otwiera nowe horyzonty. Dobrze je mieć.

PS. Za książkę dziękuję wydawnictwu Czwarta Strona.
PPS. A spotkanie z Joanną Mielewczyk już jutro w empiku w krakowskiej Bonarce – będę ja (prowadzić), bądźcie i Wy!

Królestwo za mgłą. Zofia Posmysz o Auschwitz.

posmysz_krolestwozamgla_500pcxKsiążki o drugiej wojnie światowej, zwłaszcza wspomnienia i pamiętniki, czytam rzadko. Należę do mocno wrażliwych odbiorców kultury, którzy ronią łzy na co bardziej przejmującym skrzypcowym solo oraz namiętnie przeżywają losy swoich ulubionych bohaterów powieściowych i filmowych. Co dopiero zatem, gdy przyjdzie do czytania o tak wyrazistych i autentycznych ludzkich tragediach… Nie oznacza to jednak, że unikam takich książek. W czasach edukacji szkolnej, rzecz jasna, nie zabrakło literatury obozowej – w tym opowiadań Borowskiego czytanych w autobusie, niezbyt przemyślany pomysł –  a najmocniej w pamięć zapadło mi „Przeżyłem” Jacka Eisnera. Wywiad-rzeka Michała Wójcika z Zofią Posmysz, autorką „Pasażerki”, to książka na tym tle wyjątkowa: bo właśnie to wywiad, dialog, dwugłos. Choć Zofia Posmysz pozostaje główną narratorką i do niej należy przewodzenie w opowieści, to Michał Wójcik doskonale tę narrację uzupełnia, podrzucając nowe wątki, cytaty z innych dzieł literatury obozowej i cudzych wspomnień.

Zofia Posmysz miała dziewiętnaście lat, gdy trafiła do Auschwitz, a stało się to właściwie wskutek niefortunnego zbiegu okoliczności. Spędziła w tym i innych obozach trzy lata, przechodząc inicjację (jak sama mówi) w podobozie karnej kompanii w Budach, pracując w samym Auschwitz i wreszcie, po Marszu Śmierci w styczniu 1945 roku, docierając do Ravensbrück i Neustadt-Gleve. O Auschwitz mówi „Królestwo”, używając określenia wymyślonego przez jedną ze współwięźniarek, Zosię nazywaną „Ptaszką”. Królestwo „z baśni strasznej i dziwnej, nie z naszego świata”,  którym rządzą Rycerze Trupiej Czaszki, spoglądający na włości z zamkowych wież. Królestwo ukryte za mgłą, za dymem z kominów wżartym w wilgoć wiszącą w powietrzu. Świat, którego nie sposób ogarnąć ludzkim umysłem.

Autorka o Zdzisławie Beksińskim: „Wspaniały malarz. Jego świat, ta artystyczna wizja, bardzo mi się kojarzy z Auschwitz”
Autorka o Zdzisławie Beksińskim:
„Wspaniały malarz. Jego świat, ta artystyczna wizja, bardzo mi się kojarzy z Auschwitz”

Cała ta historia wydaje się nieprawdopodobna – oto elegancka starsza pani, pełna werwy i wiecznie zabiegana, wiecznie w rozjazdach, z porcelanową filiżanką w dłoni opowiada o koszmarze sprzed siedemdziesięciu lat. Nie szczędzi szczegółów, łącznie z tymi fizjologicznymi, z chorobami, bezustannym upokarzaniem. Opowiada także o Anneliese Franz, nadzorczyni z ramienia obozowego SS, u której pracowała jako szrajberka, prowadząc buchalterię magazynu (wspomnienie o Franz zainspiruje ją po wojnie do napisania „Pasażerki”). Wylicza reguły obozowe: pierwsze uderzenie zawsze prowadzi do kolejnego, a pewnych rzeczy lepiej nie dostrzegać. Niechętnie mówi o swojej „busoli mistycznej”, o wierze, która pozwoliła jej wytrwać aż do samego końca i wreszcie wyjść z Królestwa. Nie mówi prawie wcale o eksperymentach medycznych.

To, co wydaje mi się najważniejsze w opowieści o Królestwie, to właśnie ta złożoność obrazu. W pierwszych latach po wojnie zwykło się przedstawiać rzeczywistość obozową w barwach skrajnie czarno-białych, niemniej świat nigdy nie dzieli się na opozycje binarne. Tak, w Królestwie obowiązywała struktura czysto feudalna, a więźniowie byli traktowani jak własność, jak przedmioty, choć nie brakowało katów – to jednak to tylko część historii, która nigdy się nie skończy i którą każdy więzień opowiada inaczej. Bo każdy ją przeżył inaczej.

Co dodatkowo cenne, wywiad-rzeka z Zofią Posmysz dotyczy nie tylko pobytu w obozach, ale i czasów powojennych – gdy pracowała w Polskim Radiu, gdy czytała inne relacje z obozów, a przede wszystkim, gdy zaczęła pisać o tym, co ją spotkało, choć zupełnie tego pisania nie planowała.

Właściwie to chciałam powiedzieć, że trzeba czytać takie książki. Żeby wiedzieć, żeby nie zapomnieć, żeby próbować zrozumieć.
Choć tak naprawdę nigdy tego nie zrozumiemy.

PS. Jutro – to jest, w środę – w Warszawie debata Czy warto jeszcze mówić o Auschwitz? z udziałem autorki w Auditorium Maximum o 18:00. Więc, jakbyście byli w stolicy, idźcie koniecznie!
PPS. A za książkę dziękuję wydawnictwu Znak literanova!

Gdy Bóg nie odpowiada. Endō Shusaku i jego „Milczenie”

shusaku_milczenieWiele zmieniło się w Japonii od czasów, gdy w połowie XVI wieku stopę na wyspach postawił Franciszek Ksawery. Chrześcijaństwo, początkowo bujnie rozkwitające i liczące dziesiątki tysięcy wiernych, za czasów szogunatu Tokugawów przestało być tolerowane przez władze. Ba, w 1614 roku wydano edykt, zakazujący wyznawania wiary w Chrystusa, a kapłanów ostatecznie wydalono z kraju. Co nie oznaczało, że chrześcijanie zniknęli na zawsze, raczej, że zeszli do podziemia. Prześladowania trwały, a podejrzanych o wyznawanie zakazanej wiary testowano, każąc świętokradczo dotknąć stopą wizerunku Jezusa lub Maryi. Wizerunki te zwane  fumi-e, czyli, dosłownie, podeptane obrazy. Właśnie ten okres dziejów Japonii przedstawia „Milczenie”, najsłynniejsza i obsypana nagrodami powieść Shūsaku Endō z 1966 roku.

„Wieść dotarła do Kościoła”. Lakoniczne zdanie otwierające „Milczenie” przekazuje pogłoskę o tym, że ojciec Cristóvão Ferreira wyrzekł się wiary chrześcijańskiej. Ferreira, ceniony portugalski misjonarz i zaufany członek Towarzystwa Jezusowego został wysłany do Japonii właśnie dlatego, że uznano go nie tylko za utalentowanego kaznodzieję, ale za kapłana obdarzonego niezłomną wiarą i odpornością na wszelkie przeciwności i prześladowania. Jakąż rozpacz i niedowierzanie wywołała więc ta wieść! Trzech młodych jezuitów, wychowanków Ferreiry, podejmuje się wyprawy na kraniec świata, by zmierzyć się z pogłoskami, a najchętniej – udowodnić, że to podłe oszczerstwo. Nie wierzą, albo i nie chcą uwierzyć, w najcięższy grzech swego mistrza.

Tylko dwóch z nich, Francisco Garrpe i Sebastiáo Rodrigues, ostatecznie osiąga japońskie wybrzeże, po wielu miesiącach podróży i snucia planów. Podejmują olbrzymie ryzyko: nagrody za wydanie księdza japońskim lokalnym władzom są olbrzymie, a tortury stosowane wobec wyznawców i kapłanów Chrystusa potrafią złamać nawet najodważniejszego z męczenników. Gdy młodzi jezuici dotrą do Kraju Kwitnącej Wiśni, będą musieli stawić czoła nie tylko głodowi, niewygodom i nieustannemu poczuciu strachu przed schwytaniem, ale przede wszystkim wielkiemu kryzysowi wiary.

Spójrzcie na ten inicjał!
Spójrzcie na ten inicjał!

Endō snuje opowieść o klęsce i zwycięstwie, dotykając granic ludzkiej wiary i ludzkiej wytrwałości – dlaczego Bóg milczy, widząc ogrom nieszczęść i wyznań, które spotykają Rodriguesa i Japończyków, którzy przyjęli chrześcijaństwo? Nie bez znaczenia pozostają tu własne doświadczenia autora: Endō, ochrzczony jako dziecko w kościele katolickim, zmagał się w Japonii z dyskryminacją na tle religijnym. Wśród innych wpływów i doświadczeń dziś wymienia się także rasizm, którego Endō był świadkiem we Francji, gdzie studiował. Wszystko to skupia się jak w soczewce w frapującej opowieści o wierze i próbach jej ocalenia.

W „Milczeniu” narracja jest poprowadzona na trzy sposoby – mamy zatem osobiste, pierwszoosobowe relacje Rodriguesa, czysto historyczny, faktograficzny opis (jak choćby wyimki z dzienników holenderskiej faktorii) oraz na wpół obiektywny przekaz od narratora, który jednak podąża wiernie za emocjami Rodriguesa. Dodam jeszcze tylko, że „Milczenie” jest bardzo ładnie wydane – zachwyciły mnie inicjały rozdziały, stylizowane na znaki kanji. Taki drobiazg, a cieszy wielce. W książce znajdziemy też ciekawe posłowie od japońskiego literaturoznawcy, Shoichi Saekiego, skądinąd, ateisty mocno poruszonego całością.

Przyznam, że też byłam poruszona całością, nawet bardziej, niż się spodziewałam. Już sama historia – oparta na autentycznych wydarzeniach – jest niezwykła, to jednak sposób, w jaki jest opisana, te rozterki i przemyślenia bohaterów, postawionych przed nieludzkimi wyborami, uderza w najczulsze z miejsc. I choć odmieniam słowo „poruszony” przez wszystkie przypadki, trudno znaleźć lepsze określenie dla „Milczenia”.

Poruszające.

 PS. „Milczenie” ponownie ukazuje się w Polsce nie bez powodu – Martin Scorsese po trzydziestu latach od słynnej „Misji” przeniósł na ekran kolejne dzieło (zobaczcie zwiastun!), opowiadające o zderzeniu kultur i religii. Czekam na film, i wiem, że będę przeżywać.
PPS. A za książkę dziękuję pani redaktor z wydawnictwa Znak.