Dzień z życia Tudora, od rana do wieczora

https://www.penguin.co.uk/content/dam/catalogue/pim/editions/43/9780241973714/cover.jpg.rendition.460.707.pngPo ostatnich raczej mało entuzjastycznych wpisach nareszcie książka, którą jestem zachwycona bez reszty. Co prawda nie powieść, co prawda po angielsku, ale jest naprawdę znakomita. Otóż będąc niedawno w Anglii, zaliczyłam rajd po księgarniach i obłowiłam się naukowo i hobbystycznie (częścią łupów już się zresztą chwaliłam!). Na pierwszy ogień do czytania poszła urocza książeczka, zatytułowana „How to be a Tudor” pióra brytyjskiej pani historyk, Ruth Goodman. Goodman zna się na rzeczy jak mało kto – działa w tudorowej grupie rekonstrukcyjnej, przekopała się przez setki archiwów i stanowisk archeologicznych, pracowała jako konsultanka dla wielu filmów i seriali z epoki („Zakochany Szekspir”, czy „Wolf Hall”, żeby wymienić tylko te dwa), występowała też w rozmaitych produkcjach BBC poświęconych tamtym czasom (zaczęłam oglądać „Tudor Monastery Farm”, zacnie się zapowiada!).

W każdym razie. Moje uwielbienie do Anglii czasów Tudorów, choć nieco teraz przygasłe, wciąż pozostaje silne. Równie intensywnym uczuciem darzę wszystkie te opracowania historyczne, które pokazują życie codzienne dawnych czasów: nie na darmo za lat cielęcych zaczytywałam się serią „Tak żyli ludzie”, a z lekcji historii zdecydowanie bardziej ciekawiły mnie zagadnienia społeczno-kulturowe niż przyczyny-przebieg-skutek wojen i bitew. Te dwie moje inklinacje znajdują wspaniały wyraz w „How to be a Tudor”, która ma podtytuł „A Dawn-to-Dusk Guide to Everyday Life”. Koncept świetny: od rana do wieczora, od porannych modlitw, przez strojenie się, śniadanie, pracę w gospodarstwie, rzemiosło, rozrywki, aż po sekrety alkowy – na trzystu stronach (małym druczkiem!) dostajemy całodzienny tudorski pakiet.

https://i1.wp.com/www.acorndvd.com/media/catalog/product/cache/1/image/9df78eab33525d08d6e5fb8d27136e95/t/u/tudorfarm6.gif
Autorka i jej wyroby. Jadłabym, nie powiem.

To, co naprawdę przekonuje w tej książce, to fakt, że Ruth Goodman naprawdę żyła jak w czasach Tudorów – rezygnując z kąpieli na rzecz wycierania się płóciennym ręczniczkiem (nie było tak źle!), śpiąc na posłaniu z sitowia, piekąc i jedząc chleb z epoki (i to niejeden jego rodzaj), robiąc ser i ale, próbując swoich sił w orce na roli, tkaniu i tańcach. Opisuje swoje doświadczenia ze swadą, raczej luźno (ale nie za luźno!), serwując szereg ciekawostek najwyższej próby. Wiedzieliście, że patriotycznych obowiązkiem/rozrywką niedzielną każdego szanującego się mężczyzny tych czasów była niedzielna wyprawa łucznicza z kolegami? Albo że żona robotnika podtrzymywała swoją garderobę kilkoma szpilkami, ale dama dworu mogła ich mieć na sobie nawet tysiąc? Albo że w czasach Tudorów do pracy wstawano nawet o 4 rano, a solidny obiad serwowano już o 10? Ja naprawdę mogę tak długo wymieniać!

Generalnie jestem zachwycona, bo naprawdę ogromnie podoba mi się takie codzienne podejście do historii, a tu naprawdę podejście w praktyce było. Przyznaję, że jest jeszcze parę spraw, które nie zostało poruszonych, a które chciałabym wiedzieć, pociągnęłabym kilka mniej lub bardziej smacznych wątków, niemniej wszystkiego w jedną książkę nie da się upchnąć i od czegoś trzeba zacząć. I tak właściwie, to trochę jestem zazdrosna, że Ruth Goodman takie rzeczy robiła, a ja nie.

No, jeszcze nie.

PS. Ruth Goodman napisała też książkę „How to be a Victorian”. Hmm…
PPS. Jak kiedyś doczekamy się przekładu na język nasz ojczysty, to postuluję tytuł „Życie Tudora od rana do wieczora” albo podobny rym. Proszę.
PPPS. Zasadniczo, teraz w mojej głowie otworzył się cały woreczek z pomysłami na rodzime tytuły: „Dzień z życia Piasta: od mięsa do ciasta”, „Codzienność Jagiellona, kto przeczyta, ten skona” (brzmi trochę jak tytuły z serii „Strrraszna historia”, też się niegdyś zaczytywałam…).

 

Nekromancja w Londynie, czyli Clovis LaFay i spółka

Zacznijmy od reminiscencji targowych. Otóż w powodzi rozmaitych wydawnictw, które można było odwiedzić na tegorocznych Targach Książki w Krakowie, jedno szczególnie przypadło nam do gustu – nam, to jest Królowi Małżonkowi i mnie. Jest to wydawnictwo Sine Qua Non, które elegancko zaspokaja nasze potrzeby z dwóch dziedzin: sportowej (to Król Małżonek) i pop-kulturowo fantastycznej (et moi). Nie omieszkałam powiedzieć o tym sympatycznym panom na stoisku, zwłaszcza, że dodatkowo obdarzyli nas piękną torbą. Odgrzebywanie się z targowych zakupów w SQN idzie nam powoli – Król Małżonek jeszcze nie napoczął nabytego „Nienasyconego zwycięzcy” o Ancelottim, ja zdążyłam za to przyjąć debiutanckie wyimki z magicznych akt Scotland Yardu Anny Lange, czyli historię Clovisa z rodziny LaFay.

Otóż w Londynie Roku Pańskiego 1872 otwiera się nowa jednostka Policji Metropolitalnej – Podwydział Spraw Magicznych, który w ramach dochodzeń detektywistycznych ma się zająć interwencjami w przypadku zagrożeń powiązanych z magią. Magia w świecie Anny Lange jest wszechobecna: kinomanci, nekromanci, piromanci… różne są specjalizacje (choć, rzecz jasna, magii naucza się tylko płeć mniej piękną) i różne magii przeznaczenia. Można popełnić przestępstwo za pomocą takich czy innych glyfów i równie dobrze można tego przestępcę za pomocą glyfów ścigać – czego nie omieszkują czynić pełniący służbę w Podwydziale Spraw Magicznych policjanci.

Magiczne starania obserwujemy oczami trójki głównych bohaterów: tytułowego Clovisa, ekscentrycznej chudzinki tudzież czarnej owcy rodu LaFayów (czy raczej, białej owcy – oni wszyscy moralnie podejrzani, on raczej próbuje wyjść na prostą), jego przyjaciela ze szkoły, nadinspektora Johna Dobsona, który został oddelegowany z wojska i postanowił poświęcić się służbie w policji oraz młodszej siostry Johna, Alicji Dobson, uczestniczki kursu pielęgniarstwa, ale najbardziej zainteresowanej magią leczącą. Interakcje między całą trójką (i wprowadzenie do tychże interakcji) zajmują większą część powieści i w końcu wplatają naszych bohaterów w śledztwo kryminalno-duchowo-rodzinne.

Bardzo ładnie jest to wydane, vide tył okładki.
Bardzo ładnie jest to wydane, vide tył okładki.

Magiczno-przygodowy klimat, jeszcze do tego londyński, to jest coś, co lubimy bardzo. Dość wspomnieć historię Skaczącego Jacka w wydaniu Marka Hoddera. U Anny Lange klimat jest niezły, ale nie pieję peanów tak, jak recenzenci na okładce. Ja chyba już za dużo tym o Londynie czytałam i naprawdę, klimat musi okazać się nie niezły, a wybitny, żeby mnie w pełni uradować. Sam magiczny koncept na świat ciekawy, tylko z jego realizacją trochę gorzej. Zaczyna się dobrze, całe wprowadzenie w nowe uniwersum zaciekawia od pierwszych stron, ale właściwa intryga (śledztwo kryminalno-duchowo-rodzinne) jest raczej nudna w przebiegu. Nie porywa ze sobą, właściwie doczytałam do końca raczej z poczucia obowiązku, niż z chęci poznania zakończenia.

Drażnił mnie czasem zanadto współczesny język, jakim całość podano, (nie optuję za nadmierną stylizacją, oczywiście, ale jednak), jak również nie-do-końca-bezstronna osoba narratora. W sensie, wolę, kiedy narrator pozostaje niezaangażowanym obserwatorem, a nie przemyca odczucia postaci, powodując, że zwykły opis czynności zlewa się z tokiem myślenia danego bohatera, bez żadnego formalnego rozróżnienia. Zakładam, że to taki zabieg stylistyczny – mnie akurat się nie podoba.

Innymi słowy, nie dmę w trąby z fanfarami. „Clovis La Fay” Anny Lange to debiut na mocno umiarkowanym poziomie zachwytów. Doceniam, że polska autorka (skądinąd doktor habilitowana chemii, pisząca pod pseudonimem) wzięła na warsztat XIX-wieczny Londyn, niemniej uważam całość za trochę zmarnowany potencjał światowy. Jeśli będą dalsze części (a zakładam, że tak), to nie będę biegła w podskokach celem ich zdobycia.

Ostatnia z rodu Brontë. Cóż.

Do trzech sióstr Brontë nie żywię ani wielkich sentymentów, ani nabożnego szacunku: tak, przeczytałam o dziwnych losach Jane Eyre, pióra Charlotte, tak, stosunkowo niedawno nadrobiłam też „Wichrowe wzgórza” pióra Emily (jak być może pamiętacie, niespecjalnie mnie zachwyciło). Co prawda proza trzeciej z sióstr, Anne, nadal pozostaje dla mnie nieodkryta, niemniej nie czuję jakiegoś wielkiego  wewnętrznego nacisku, by to zmienić. Co nie zmienia faktu, że gdy natrafia się jakaś powieść na motywach i/lub twórczo nawiązująca do dzieł i postaci dawnych, to chętnie sięgam. Powieść taka objawiła się w postaci „Ostatniej z rodu Brontë” Catherine Lowell, określanej jako romans ze szczyptą intrygi.

Otóż Samantha Whipple, tytułowa ostatnia z rodu Brontë, faktycznie może prześledzić swoje drzewo genealogiczne aż do słynnych sióstr. Jej tragicznie zmarły ojciec, Tristan, był rzekomo w posiadaniu olbrzymiego skarbu-pamiątek po siostrach: rękopisów, listów, obrazów i wielu innych artefaktów. Skarbu, który równie rzekomo Samantha miała odziedziczyć, ale nie wierzy w jego istnienie, a do swojego dziedzictwa i ojcowskich dziwactw ma stosunek cokolwiek ambiwalentny. Jednak solidnie zaszczepiona miłość do literatury powoduje, że dziewczyna decyduje się na opuszczenie rodzinnej Ameryki i wyjazd na studia (anglistykę, konkretnie) do Starego Kolegium w Oksfordzie. Przydzielono jej specjalne miejsce w ramach akademika: zawilgły pokój w wieży zbudowanej w czternastym wieku, bez okien, za to z dziwacznym portretem i bezprzewodowym wifi. Promotorem Samanthy natomiast okazuje James Timothy Orville III, który nie tylko oszałamia inteligencją, ale jest też diablo przystojny. Oczywiście. Pannie Whipple  przyjdzie zatem nie tylko włączyć tryb błyskotliwości na prywatnych (a jakże!) seminariach, ale także zmierzyć się z dość nieoczekiwanymi duchami przeszłości – ktoś bowiem podrzuca dziewczynie książki z odręcznymi notatkami ojca, a niby nieistniejący skarb zaczyna nabierać realnych kształtów…

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/e/e4/Bronte_Parsonage_Museum.JPG
Plebania w Haworth, dziś muzeum sióstr Brönte, ważne miejsce także dla Samanthy.

Właściwie nie brzmi to w opisie i pomyśle tak źle, acz z realizacją całokształtu jest nieco gorzej. Samantha należy do tych bohaterek, które w pierwszoosobowej narracji opisują starannie swój strój (może nie tak często, jak Gosława, ale jednak) oraz używają dziwacznych porównań kolorystycznych – twarz „blada jak podbrzusze rekina” oraz usta „koloru niedogotowanej wołowiny” to moje ulubione. Orville natomiast, trochę mroczny, trochę tajemniczy, trochę buntowniczy, przez pół książki robi wrażenie w stylu „chciałbym bardzo, ale mi nie wypada”.

Muszę jednak oddać sprawiedliwość, że jakkolwiek mało sprytna by nie była ta bohaterka, jakkolwiek schematyczny by nie był jej ukochany, jakkolwiek by to wszystko nie wionęło lekką nutką banalności – czyta się gładko a szybko. Trzeba co prawda przymknąć oko na raczej słaby styl (słaby i niekonsekwentny, bo raz to brzmi jak komedia, raz jak romans, a raz jak podręcznik uniwersytecki, i nie wygląda to na zamierzony zabieg) oraz na potknięcia translatorskie (dla przykładu: Samantha przeżuwa „gumową brytyjską kanapkę”, chyba raczej: gumowatą?), przebrnąć przez niekończące się dyskusje o literaturze (mam wrażenie, że autorka chciała się popisać erudycją) oraz pohamować chęć zdzielenia bohaterki raz na kilka stron.

Innymi słowy, kiedy jesień/zima przysparza złego humoru, kiedy umysł potrzebuje mało inspirującej rozrywki i kiedy nie macie nic innego na podorędziu – „Ostatnia z rodu Brontë” nada się jak znalazł. Żeby nie płynąć na fali marudzenia, dodam, że czytając wynurzenia Samanthy, można się sporo dowiedzieć o siostrach Brontë, poznać parę interesujących teorii interpretacyjnych (typu: która siostra tak naprawdę napisała którą książkę i dlaczego Heathcliffe zamieszkał na Wichrowych Wzgórzach). Ale tak poza tym – nie mówcie, że nie ostrzegałam.

PS. Dziękuję za ebook wydawnictwu Prószyński.

 

Le Guin o Klatsand, wszędzie i nigdzie

Ursula K. Le Guin należy do bardzo płodnych pisarzy – i choć najczęściej jej nazwisko wymienia się jednym tchem ze słowem „Ziemiomorze”, to Le Guin czyni wycieczki także w nie-fantastyczne i nie-do-końca-fantastyczne krainy. Wspaniałym przykładem takiej wycieczki była historia Lawinii, przeznaczonej na małżonkę Eneasza; cudowna powieść historyczna ze znakomicie odmalowanym światem starożytnego Lacjum. Natomiast wycieczka, którą dziś Wam proponuję, wiedzie w czasy nieco nam bliższe, do Klatsand w stanie Oregon – a to wszystko dzięki książce „Morski trakt”

W Klatsand, na wpół zapomnianym miasteczku nad Oceanem Spokojnym, zamieszkuje niewiele ponad dwieście dusz. Są też dwa motele, urząd pocztowy, las dookoła, plaża, skały. Morski Trakt, prowadzący prosto na wybrzeże, gdzie królują piasek, sól i sztormowe wiatry. Bretoński Czub na północy, Wrakowisko na południu, na wschodzie mokradła, a na zachodzie można próbować wypatrywać Chin. Każdy wydeptał swoją ulubioną ścieżkę w gąszczu skał i wydm, wprost do Pacyfiku. Właściwie nic szczególnego.

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/2/27/OregonCoastEcola.jpg
Nic szczególnego. Oregońskie wybrzeże.

„Morski trakt” zaludniają postaci, które z Klatsand pochodzą, mieszkają w nim od zawsze lub do niego przybywają, nawet i na chwilę, na weekend, ale nie potrafią się mu oprzeć i wciąż wracają. Wiele z tych postaci występuje w triadzie babka-matka-córka, pokazując różne spojrzenia różnych pokoleń i nieubłagany upływ czasu. Śledzimy ich miłości i rozpacze, porażki i zwycięstwa, smutki i radości – może brzmi to wszystko banalnie, niemniej nawet najbardziej banalna z historii pod piórem Le Guin zmienia się w coś o wiele bardziej frapującego. Trochę o nikim, a jednak o wszystkich. O miejscu, które jest nigdzie, ale jednak jest wszędzie.

Dwanaście opowieści (z których najkrótsza liczy sobie kilka, najdłuższa kilkadziesiąt stron), przepięknie napisanych, trochę melancholijnych, czasem przykrych, czasem nie – dobrze się takie rzeczy czyta w długie listopadowe wieczory. Nie od dziś wiadomo, że Le Guin jest czarodziejką słowa – i to także słowa opisującego bardziej znaną nam rzeczywistość.

PS. Uprzejmie dziękuję niezawodnej Ethlenn za pożyczenie!
PPS. Króciuchny tekst o czytaniu z piany: po-ez-ja!

Profesorowa Szczupaczyńska znów na tropie!

Wiele wody upłynęło od owego spotkania w Matrasie, gdzie zza winkla spozierałam na Szanownych Autorów Konstytuujących Marylę Szymiczkową, to jest Jacka Dehnela i Piotra Tarczyńskiego (zza winkla, bo tłum był spory i nie załapałam się byłam na pierwszą salę). Ale oto wreszcie nadeszła chwila powtórnego spotkania z profesorową Szczupaczyńską, szacowną damą krakowskiego fin de siècle. Profesorowa na co dzień zajmuje się prowadzeniem domu (kamienicy Pod Pawiem, eleganckiej rezydencji przy św. Jana) i trzęsie nim solidnie, ale w duszy gra jej nutka detektywistyczna, uruchomiona podczas pamiętnej sprawy w domu Helclów

Detektywistyczna nutka będzie miała możliwość włączyć się ponownie w całą symfonię, gdyż oto Wisła wyrzuca na brzeg zwłoki młodej dziewczyny. I to nie byle jakiej dziewczyny – już mniejsza o to, że stała się ofiarą zbrodni, ale nie jest to osoba naszej profesorowej zupełnie nieznana, co w sposób oczywisty podnosi wagę śledztwa. Choć wydaje się, że sprawa zostanie szybko rozstrzygnięta, to jednak nic nie jest tak proste, jak się wydaje. Tropy i poszlaki zawiodą profesorową w różne dziwne miejsca, od szpitala izraelickiego aż po czytelnię uniwersytecką w Collegium Maius, prowadząc do potężnej, międzynarodowej afery z podtekstem moralnie wątpliwym.

Zofia z Glodtów Ignacowa Szczupaczyńska nie należy do postaci, które hołubi się całym sercem. Lekki rys kołtuński, mieszczańska wyższość nad całym światem, chorobliwe hołdowanie konwenansom i zupełne niezrozumienie dla dążeń co poniektórych dam do edukacji (jeszcze na uniwersytetach, pożal się Boże…) – wszystko to składa się na osobliwy charakterek, może i irytujący, ale zaskakująco skuteczny w toku śledztwa. Profesorowa będzie zmuszona zawiesić swoje sądy, spotkać się z personami, z którymi żadna szanująca się matrona nie widuje (ba, wręcz wypiera ich istnienie!), sprzymierzyć z dotychczasowymi nieprzyjaciółmi, a do tego jeszcze wyprodukować stosowną ilością swoich słynnych powideł śliwkowych (mieszać w ósemkę, dodać orzechów). Ale dla dobra śledztwa jest w stanie wiele poświęcić, nawet, gdy rozdarta zasłona metaforycznie ukaże jej mroczne oblicze Krakowa.

https://i0.wp.com/krakow-przewodnik.com.pl/wp-content/uploads/2015/10/30.jpg
Dom numer 30, Pod Pawiem (Sub Pavone), rezydencja Szczupaczyńskich. Fot. Przewodnik Kraków.

Samo śledztwo i kryminalna afera Anno Domini 1895, podobnie jak za pierwszym razem, są owszem ciekawe, niemniej zupełnie nie o nie w tej książce chodzi – przynajmniej nie dla mnie. To, czym wciąż wygrywa duet Dehnel i Tarczyński, jest primo, język, secundo, zaplecze historyczno-kulturowe. Obydwa czynniki straciły może powiew nowości, jako że w sposób naturalny otrzymujemy solidną powtórkę stylu i rozwiązań tomu pierwszego, ale mnie to dalej cieszy. Czy to szalenie klimatyczny portret Krakowa, czy to cała plejada znakomitości (wliczając w to takie kuriozalne istoty ludzkie, jak doktor Kurkiewicz, któremu tylko samienie w głowie), czy to wyjątkowo dowcipne wprowadzenia do poszczególnych rozdziałów – ja wciąż jestem na tak. Moja rdzennie krakowska dusza doznaje błogości w trakcie wędrówki śladami profesorowej i jej śledztwa, a do tego naprawdę serdecznie mnie cieszy każdy intertekstualny wtręt (vide „Skąd wracali ułani (z nocnej wracali wycieczki)”).

Szanowna Pani Marylo/Panowie Autorzy, byle do trzeciego tomu. Uprzejmie proszę, ja, krakowianka.

PS. Jeśli jeszcze nie lubicie profilu profesorowej na Wiadomym Portalu Społecznościowym, to jest Twarzoksięgu, musicie koniecznie nadrobić!

My, pielgrzymi z Hyperiona. Dan Simmons.

Jeszcze w pięknych czasach sierpniowo-wakacyjnych zdarzył mi się wyjazd, z którego wróciłam z całą listą poleconych książek. Listę ową powoli przerabiam, błogosławiąc Jagiellonkę za przepastne zasoby. Kolejną pozycją na liście okazał się „Hyperion” Dana Simmonsa, kultowa już powieść otwierająca cykl „Hyperion Cantos” (były nagrody, były wyróżnienia, Hugo, Locus i inne takie). Samego Simmonsa znałam już z jego nowszej powieści, „Drood”, mroczno-prześwietnej książki nurzającej się w czasach Dickensa. Sam „Hyperion” kołatał mi się po głowie jako „aaa, klasyka, kiedyś trzeba przeczytać, ale może później”. Owo „później” właśnie nadeszło, za sprawą bezpośredniego impulsu polecającego.

Znacie, znamy, posłuchajcie. Oto na Hyperiona, raczej odległą planetę Sieci, wyrusza pielgrzymka. Siedmiu podróżnych – Kapłan, Żołnierz, Poeta, Uczony, Detektyw, Kapitan oraz Konsul – zostało wybranych przez Kościół Chyżwara i zatwierdzonych przez WszechJedność, a ich celem są Grobowce Czasu, tajemnicze i niewyjaśnione wciąż w tej tajemniczości budowle otoczone polami antyentropicznymi. W Grobowcach Czasu pielgrzymi będą mogli spotkać się z samym Chyżwarem, istotą równie zagadkową, co okrutną. Czas ucieka, widmo wojny z Intruzami wisi nad Siecią, a Hyperion i ukryte na nim Grobowce odegrają w tej wojnie kluczową rolę. Pielgrzymi muszą się spieszyć, choć nie wszyscy patrzą na swoją podróż z radością i wyczekiwaniem.

O, tak sobie wyobrażam Chyżwara. Choć rysował ktoś inny.

Konstrukcja tej powieści jest szalenie interesująca, bowiem pielgrzymi w trakcie podróży snują po kolei swoje własne historie, tłumacząc, dlaczego zdecydowali się podjąć trud wyprawy. Jednocześnie rzucają coraz więcej światła na całe Hyperionowe uniwersum, od czasów hegiry i opuszczenia Starej Ziemi, po rozwój Hegemonii i pierwsze pojawienie się Intruzów. Konstrukcja znana od czasów „Opowieści kanterberyjskich” czy „Dekameronu” (och, pamiętam, jak czytałam Boccaccia w liceum, i to czytałam z wypiekami!): zestaw mniejszych opowieści w jednej większej opowieści. Chyba największe wrażenie zrobiły na mnie te dwie ostatnie opowieści, naprawdę – tak po ludzku – przejmujące. Simmons dotyka bardzo wielu wątków, od sztucznej inteligencji i rozmaitych pomysłów technologicznych (na marginesie, oryginał powstał w 1989 roku, a nie zestarzał się ani trochę – choć czasem starsze powieści SF dziś nie brzmią tak dobrze), przez zagładę światów, dokonywaną przez kalkujących zyski mocarzy, aż po osobiste tragedie, poruszające równie mocno, jak te na planie bardziej makro. Czerpie przy tym garściami z dorobku kulturowego całego świata, przemycając tu i ówdzie różne nawiązania – postać Johna Keatsa jest tu najbardziej oczywistym przykładem, ale jest wiele innych taki intertekstualnych wtrętów, które, jak wiecie, bardzo lubię. Gdyż „na początku było Słowo. Potem pojawił się pieprzony edytor tekstu. Potem procesor myślowy. A potem nastąpił koniec literatury”, jak gorzko zauważa Poeta.

Forma powieści, oszałamiające uniwersum, groza, czająca się gdzieś w odmętach Grobowców Czasu i nieuchwytne tajemnice… i to zakończenie! Och, ależ to było znakomite. Żeby zapewnić mocny akord na zakończenie: czytałam do późnej nocy, a pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam następnego dnia rano (śniadanko się nie liczy), było zarezerwowanie ciągu dalszego, czyli egzemplarza „Upadku Hyperiona”. Oj, jak będę biegła do biblioteki!

PS. Topór sugerował przeczytać, dziękuję, miał rację.
PPS. Ponoć Syfy ma produkować serialową adaptację całego cyklu, ale po obietnicach sprzed przeszło roku zapadła cisza. Oj oj, a oglądałabym!

Jhumpa Lahiri i jej most pełen opowieści

Pamiętacie Jhumpę Lahiri, niezwykłą pisarkę-właściwie-bez-ojczystego-języka? Jej cudownie osobista historia miłości do języka włoskiego ogromnie mnie zafascynowała, toteż błyskawicznie doszłam do wniosku, że muszę poznać także poprzednie, prozatorskie dokonania Lahiri. Pierwotnie zasadzałam się na przekład (kilka jej książek, w tym „Tłumacz chorób” oraz „Imiennik” doczekały się już polskiego wydania), niemniej niezawodna jak zawsze Natalia, sprawczyni całego zamieszania, zaopatrzyła mnie była w oryginał.

Podróże i odkrywanie nowych miejsc patronują „Interpreter of Maladies”, debiutanckiemu zbiorowi opowiadań Jhumpy Lahiri (zresztą nagrodzonego Pulitzerem!). To podróże do nowego kraju zamieszkania, bardziej metaforyczne podróże w poszukiwaniu swojej tożsamości czy też poszukiwaniu uczucia, podróże sentymentalne do przeszłości. To swego rodzaju pisarski most, zbudowany między Indią a Stanami Zjednoczonymi, most pełen ogarniętych nostalgią imigrantów, zapachów indyjskiej kuchni, czasów minionych i nadziei na przyszłość.

Kompozycja kolorystycznie stosowna.

Między kolejnymi stronicami można odnieść takie wrażenie, że Lahiri snuje opowieści o swoich znajomych, albo o znajomych swoich rodziców – tak bliskie są to historie. Czy to chora na niezwykłą chorobę dziewczyna, czy też tytułowy tłumacz chorób, czy znów młode małżeństwo, odkrywające w nowym domu skarby ukryte przez poprzednich, głęboko religijnych właścicieli – zdaje się, jakby autorka zapisywała po prostu kronikę wypadków bliskich jej ludzi. Prawo Zbiorów Opowieści głosi, że niektóre teksty w antologiach bywają lepsze, inne gorsze, ale tutaj naprawdę każdy tekst z osobna ma w sobie to niezwykłe, nieopisywalne „coś”.

Teraz jeszcze inaczej patrzę na włoskie opowieści Jhumpy Lahiri  – z jeszcze większym szacunkiem i lekkim niedowierzaniem jednocześnie. Jak bardzo wielkie uczucie do języka włoskiego musi żywić ktoś, kto decyduje się porzucić tak doskonale dopracowane  pisanie po angielsku? Porzucenie narzędzia, którym posługiwało się znakomicie, tylko dlatego, że pokochało się inne – naprawdę, podziwiam.

Muszę sobie też przekartkować polskie wydanie (i zasadzić się w niedługiej przyszłość na tłumaczenia innych książek Jhumpy Lahiri), ale z czystym sumieniem, ba, z ukontentowanym serduchem już teraz polecam „Interpreter of Maladies” w oryginale. Wspaniała rzecz.

PS. Natalii za pożyczenie dziękując ogromnie!