„Dziewczyna z daleka” Magdalena Knedler

dziewczyna-z-daleka_oklOstatnio dziewczyny w tytułach w modzie – pamiętacie „Dziewczynę, którą kochałeś” Jojo Moyes? Teraz pora na „Dziewczynę z daleka”, najnowszą powieść Małgorzaty Knedler (u Mality właściwie przedpremierowo!). Rzeczoną autorkę kojarzę z obłędnego kryminało-komedio-historii kostiumowej „Pan Darcy nie żyje”, przednio się ubawiłam przy lekturze. Tym razem nie jest to historia obliczona na ubaw, rzecz bowiem jest wspomnieniowo-wojenna. Choć, przyznaję od razu, niezbyt poruszająca.

Otóż wszystko zaczyna się w pewien mroźny styczniowy poranek, gdy energiczna Lena i jej babka, stuletnia a oschła Natasza, znajdują przed bramką domu na wpół zamarzniętego Anglika. Ryży młodzieniec, wyposażony w kopertę ze starymi fotografiami oraz srebrną piersiówkę, swoim przybyciem przywołuje wstydliwe wspomnienia, o których Natasza chciałaby zapomnieć raz na zawsze. Każde z nich – to jest i Anglik, i staruszka – posiada część układanki, i dopiero te części złożone w całość dadzą ukojenie… lub chociaż pomogą prawdzie wyjść na jaw.

By wyjaśnić wszystkie historyczne zaszłości oraz odkryć sekret zdjęć i piersiówki, Natasza rozpoczyna opowieść o czasach swojej młodości, o majątku Rubiszki, gdzie jako osiemnastoletnia dziewczyna z głową pełną komunistycznych ideałów chciała wcielać w życie swoje utopijne plany. Wybuchła jednak wojna, wpierw Sowieci, później Niemcy i przyszło się pożegnać z wizją bezpiecznej, utopijnej przyszłości. Wojenna zawierucha przyniosła jednak Natalii nieoczekiwanego gościa – artystę, który opuścił Warszawę w atmosferze skandalu, przystojnego Tadeusza Winiewicza. Nic jednak nie potoczyło się tak, jak chcieliby tego zaangażowani, a Natasza, zniszczona przez wojnę i gnębiona wyrzutami sumienia z powodu swoich decyzji, zataja wszystkie dramatyczne przeżycia nawet przed rodziną. Przynajmniej – do czasu.

Szczerze mówiąc, nie jestem zachwycona. Przez połowę książki czułam się rozczarowana, że wielki sekret, do którego opowieść niby zmierza, tak właściwie został już mimochodem wyjawiony. Niemniej jakaś niespodziewajka na koniec się pojawia, choć i tak napięcie gdzieś po drodze uchodzi. Pretensjonalny momentami plan współczesny i mało poruszający (choć pełen tragicznych wydarzeń) plan historyczny raczej nużą, niż wciągają.

Może mój brak zachwytów wynika z faktu, że ja naprawdę dużo podobnych książek czytałam i kolejna musi naprawdę potrafić się wyróżnić na tle. Czy to poprzez oryginalność historii, czy przez to język, jakim całość jest napisana… pamiętacie „Sońkę” Karpowicza? Właśnie to mam na myśli – pisać tak, że aż skręca z nadmiaru emocji. A tymczasem Natasza, przygnieciona olbrzymią ilością nieszczęść, od straty rodziców, przez wojnę, złamane serce, aż po wywózkę do łagru – nie budzi zupełnie współczucia, co właściwie jest dosyć smutne.

Dodam jeszcze tylko, że nie mam pojęcia, kto ostatecznie przeforsował tytuł, ale to nie był dobry pomysł. „Dziewczyna z daleka” nijak mi tutaj nie pasuje, podobnie jak okładka. Wiem, że Bene Gesserit mawiały „nie sądź książki po okładce”, niemniej w tym wypadku występuje jakaś kompletna rozbieżność. Nawet zrobiłam test, prosząc Króla Małżonka o opinię, o czym może być książka, sądząc wyłącznie po okładce i tytule – zaproponował kryminał o samotnej dziewczynie zamordowanej gdzieś na odludziu. Otóż to: współcześnie ubrana dziewczyna, podążająca zaśnieżoną drogą, nijak się nie ma do treści książki. Tytuł również.

[tl;dr] Można pominąć. Bez żalu.

PS. Za egzemplarz recenzyjny uprzejmie dziękuję wydawnictwu Novae Res.
PPS. Ciekawostkowo – skąd tyle dziewczyn w tytułach?

Isabel Allende i japoński kochanek

Mam jeszcze jedną reminiscencję zeszłoroczną, a dokładniej – świąteczną. Nie od dziś wiadomo, że prezentowanie mi książek wiąże się z pewnym ryzykiem i czasem bezpieczniej podpytać o pobożne życzenia (jak było w przypadku „Jamnikarium”, sama sugerowałam Aniołkowi to i owo). Ale zdarzają się też zupełne niespodziewajki, które cieszę czytelniczą duszę podwójnie. Gdy więc spod królewskiej choinki wyciągnęłam najnowszą powieść Isabel Allende, byłam zachwycona – „Japoński kochanek”? Pierwsze słyszę (jakkolwiek by to nie brzmiało…)!

Ale. Znajomość z twórczością Isabel Allende zaczęłam od wysokiego szczebelka drabinki: słynnego „Domu dusz” (ach, ta ekranizacja) i pamiętam, że bardzo mi się podobało, choć było to lata temu! Czytywałam również bardziej młodzieżowe opowieści („Miasto Bestii” i ciąg dalszy), naprawdę wsamrazowe na wakacyjny leżaczek. Potem jakoś drogi się rozeszły, ale ponowne spotkanie po latach oceniam bardzo zacnie.

Tym razem rzecz dzieje się w dość nietuzinkowym domu spokojnej starości na przedmieściach Berkeley, zwanym Lark House, który od zawsze przyciągał postępowych intelektualistów, gorliwych adeptów ezoteryki i rozmaitych artystów. Poznajemy ów przybytek dzięki młodej imigrantce z Mołdawii, Irinie Bazili. Dziewczyna podejmuje pracę w Lark House i doskonale odnajduje się w nowym miejscu, dobrze dogaduje się z podopiecznymi i współpracownikami – a po pewnym czasie nawiązuje przyjaźń ze słynną malarką, Almą Belasco, damą tyleż szanowną, co bardzo tajemniczą. Irina wspiera Almę w różnych drobiazgach, zaczyna też pomagać jej wnukowi, Sethowi, w przygotowywaniu książki poświęconej rodzinie Belasców. I tak odkrywają, że pani Belasco pieczołowicie przetrzymuje zdjęcie pewnego Japończyka i listy od niego – a kolejne wiadomości spływają regularnie…

Isabel Allende prowadzi czytelników przez współczesne tory, po których poruszają się Seth i Irina, ale także powoli, ostrożnie odsłania dzieje przeszłe – historię życia Almy, która przybyła do Ameryki jako dziewczynka w przededniu wojny i wkrótce poznała chłopca, który odmienił jej życie raz na zawsze. To jednak nie wszystkie sekrety i nie tylko Alma zazdrośnie strzeże swojej przeszłości – Irina również nosi w duszy niezaleczone rany i brzemię tak ciężkie, że niemal niemożliwe do zapomnienia.

Wiadomo, że japońskie opowieści działają na mnie jak magnes, a tutaj faktycznie Japonii dużo. Czy raczej Japończyków i ich w Stanach obecności, zwłaszcza podczas drugiej wojny światowej – patrz przejmujący wątek internowanych imigrantów, którzy chcąc okazać lojalność USA po ataku na Pearl Harbor bez szemrania udawali się do obozów przesiedleńczych (jak opisany w powieści Topaz). Same motywy historyczne są bardzo interesujące, a do tego otrzymujemy całą paletę ciekawych postaci. Dzięki nim Allende przedstawia historię, która zaskakuje znów i znów, a potem raz jeszcze, kiedy myśli się, że nic już nas zaskoczyć nie może.

Innymi słowy, bardzo w tym roku dopisały aniołkowe obfitości, a nawet mile zaskoczyły! Proszę o repetę… w trybie pilnym.

Bostoński Ogród Kości, czyli Tess Gerritsen

Pamiętacie, jak w wakacje podczas jazdy pociągiem zaczytywałam się Tess Gerritsen? Podróż minęła nie wiadomo kiedy, a ja musiałam wysiąść, zanim doczytałam ostatnie trzydzieści stron. Oderwać się nie szło! Szczęśliwie wkrótce potem Ania, najlepszy sidekick akademicki ever, zaprowadziła mnie do całej półeczki z powieściami Tess w oryginale i zapytała niewinnie, czy może bym jeszcze coś chciała. Pewnie, że chciałam! Wybrałam „The Bone Garden” i co prawda chwilę mi zeszło, zanim wróciłam do prozy Gerritsen, ale jak już zasiadłam, to znów okazało się, że nie szło się oderwać…

Tym razem rzecz jest kryminalno-historyczna z nutką medyczną (autorka jest lekarką, trudno się dziwić, że o klimaty medyczne zahacza i to wielce umiejętnie), a w dodatku na dwóch planach czasowych. Otóż na planie współczesnym Julia Hamill właśnie nabyła piękny stary dom z olbrzymim, zachwaszczonym ogrodem. Uparcie pragnie uwić sobie nowe gniazdko po bardzo nieprzyjemnym rozwodzie i zabiera się za renowację posesji. Podczas przekopywania grządek dokonuje makabrycznego odkrycia: natrafia na czaszkę kobiety z ewidentnymi śladami morderstwa, dokonanego dziesiątki lat wcześniej. Chęć poznania tożsamości nieszczęsnej ofiary prowadzi Julię do przeszukiwania archiwów historii swojego nowego domostwa, listów i wycinków z gazet, które cofają ją do Bostonu z 1830 roku.

Ów Boston Anno Domini 1830 to drugi, dominujący plan czasowy powieści – a splatają się na nim losy młodej irlandzkiej imigrantki, Rose Connolly, i biednego, acz szalenie zdolnego studenta medycyny Norrisa Marshalla. Tylko oni dwoje widzieli przelotnie zbrodniarza, który chyłkiem przemyka przez nocne ulice miasta. To tajemniczy morderca, okrzyknięty przez spanikowaną prasę mianem „West End Reaper” (czyli „rozpruwacz z West Endu”). Jakby sytuacja nie była wystarczająco niebezpieczna, Norris zostaje oskarżony o wszystkie morderstwa, a Rose ściga się z czasem i duchami przeszłości, by uratować życie swoje i nowonarodzonej siostrzenicy.

File:1830 StateStreet Boston.png
Bostońska State Street circa właśnie rok 1830.

Przez karty powieści przechadzają się różne postaci, znane z historii – przede wszystkim Oliver Wendell Holmes, słynny bostoński poeta i medyk, a w powieści przyjaciel Norrisa z uczelni. Tess Gerritsen ukazuje dzięki nim fascynujący, acz przerażający świat dawnej medycyny, w którym lekarze wprost z sekcji zwłok udawali się na salę porodową (i nikt jeszcze nie myślał o umyciu rąk…). Dopisuje zarówno fabułą – gdzie tajemnica goni tajemnicę – jak i świat przedstawiony na planie historycznym, naprawdę solidnie opracowanym. Patrz choćby wątki społeczne, uprzedzenia i stereotypy – przykładowo, Rose jest postrzegana przez tych „lepszych” obywateli jako głupia Irlandka, więc na pewno złodziejka i moralnie podejrzana istota tylko na wpół ludzka. Dowiedziałam się też o istnieniu zawodu zwanego „resurrectionist”, co jest eleganckim określeniem osoby wykopującej w miarę świeże zwłoki z grobu – przyszli lekarze skądś wszak muszą nauczyć się anatomii…

Miłośnicy cyklu o Maurze Isles pióra Tess Gerritsen znajdą w „The Bone Garden” miłą niespodziankę – pozostali (jak ja, którzy twórczość tej pisarki dopiero poznają), będą mieli po prostu okazję przeczytać świetną książkę. Intryga, klimat, postaci, naprawdę wielkiej zacności rzecz!

PS. Dziękując Ani – znanej niekiedy jako Wąż Jadwiga – i licząc na ciąg dalszy :3
PPS. A jakby ktoś chciał czytać po polsku, to Albatros w 2009 roku wydał przekład, pod tytułem „Ogród kości”. Notabene, chętnie kiedyś przekartkuję.

Znów Jojo Moyes, czyli rzecz o pewnym obrazie i o pewnych dziewczynach

Wakacje Anno Domini 2016 upłynęły mi pod znakiem prozy Jojo Moyes – przynajmniej na dwa wyjazdy zabrałam ze sobą jej powieści. I nie da się ukryć, że to są znakomite książki na takie wakacyjno-lżejsze momenty, kiedy potrzebna jest wciągająca opowieść, raczej grubawa, taka słodka i gorzka jednocześnie, o której wiesz, że po drodze bohaterom się trochę od losu oberwie, ale end będzie happy i nadzieja znów wróci do serc czytelniczych. Najnowsza powieść Moyes – „Dziewczyna, którą kochałeś”, premiera już jutro, czyli 11 stycznia! – idealnie się w ten trend wpasowuje. Egzemplarz wpadł w moje łapki przy okazji nagrywania spotu promującego książkę (o tu wtedy nagrywaliśmy!), ale czekałam na odpowiednią chwilę, odkładając sobie przyjemność jak Kubuś Puchatek. Więc nadszedł wreszcie późno-grudniowy dzień, ja pod kocem, z popcornem (tak!) i z książką mogłam celebrować czas sakralny.

„Dziewczyna, którą kochałeś” to portret, który odegrał wielką rolę w życiu dwóch bohaterek, żyjących w dwóch różnych krajach i czasach. Jest zatem dziewczyna, którą kochał artysta, jak i dziewczyna, która kochała portret. Ta pierwsza, Sophie Lefèvre, to właścicielka niewielkiego hotelu w Saint Péronne, usiłująca podtrzymać na życiu i duchu swoją rodzinę w okupowanej przez Niemców Francji roku 1916. Jej mąż, Édouard, tkwi gdzieś na froncie, podobnie jak większość znanych jej mężczyzn. Tymczasem końca wojny nie widać, a Herr Kommandant zarządzający miasteczkiem ma bardzo konkretne plany wobec Sophie. I wobec obrazu.

Ta druga dziewczyna to Liv, która miała wszystko – wspaniałego męża, bajeczne mieszkanie, poczucie bezpieczeństwa i poczucie sensu. Straciła ukochanego i pozostałe rzeczy też się prawie natychmiast zatraciły. Jedyna rzecz, która wzbudza w apatycznej Liv jakiekolwiek pozytywne uczucia, to dość oryginalny portret, prezent od Davida z czasów, kiedy byli bajecznie szczęśliwi. Gdy komornik wysyła kolejne powiadomienia, tęsknota zalewa oczy, Liv chce tylko zapomnieć i odpłynąć w bezpieczną otchłań apatii. Ale wkrótce okaże się, ze przyjdzie jej zawalczyć. O obraz, który uwielbia. O nowe uczucie, które rokuje obiecująco, ale potem wszystko idzie źle. O samą siebie i nowe poczucie sensu.

Dwie przejmujące historie, uwikłane w różne dziejowe zawieruchy i splecione w jedno dzięki niezwykłemu obrazowi – Moyes trzyma poziom i raz jeszcze dostarcza książki, której bardzo oczekiwałam. Książki, która przez różne większe i mniejsze trudności doprowadzi bohaterki do zaskakującego zwrotu i ukołysze w czytelniczej błogości. Jest tak, jak trzeba, jak być powinno.

Co więcej, tym razem Jojo Moyes dorzuca swój mały kamyczek do bardzo trudnej dyskusji – czy i w jaki sposób oddawać mienie, zagrabione prawowitym właścicielom podczas wojen wszelakich (od razu przypomniał mi się film „Złota dama”!)? Co w przypadku, jeśli obecny właściciel kupił dany przedmiot absolutnie legalnie i nie miał pojęcia, że jest to dzieło o dość podejrzanej i nieszczęśliwej proweniencji? Nie ma jednej dobrej odpowiedzi na te pytania, a każda sprawa odzyskania zagrabionych skarbów budzi wielkie emocje. Dzięki historii „Dziewczyny, którą kochałeś” mamy jeszcze jeden wątek w tej kwestii do przemyślenia.

PS. Za egzemplarz recenzyjny dziękuję pięknie Bardzo Sympatycznej Pani Redaktor z wydawnictwa Znak.

Ach, ci wikingowie…

zdjęcie Moce wikingów. Światy i zaświaty wczesnośredniowiecznych SkandynawówEuropa barbarzyńców – brzmi dumnie, prawda? Popularnonaukowa seria pod tym tytułem, wydawana przez Instytut Wydawniczy Erica, kreśli heroiczne dzieje ludów i początki powstawania państw, które dały nam Europę w dzisiejszym kształcie. Nieraz już mi się zdarzało do serii zaglądać – głównie dzięki bardzo zacnym dziełom Artura Szrejtera – a tym razem czeka nas wyprawa do epoki wikingów, wyprawy śladami niezwykłych przedmiotów i grobowców, z których każdy skrywa fascynującą opowieść: „Moce Wikingów” profesora Władysława Duczko, autora słynnej (i dość kontrowersyjnej za wschodnią granicą) „Rusi wikingów”.

Punktem wyjścia do rozważań o światach i zaświatach wczesnośredniowiecznych Skandynawów stają się, jako się rzekło, przedmioty – a dokładniej, przedmioty znalezione w różnych depozytach i pochówkach. Nic w tym dziwnego, jako że autor jest przede wszystkim archeologiem i przez wiele lat prowadził wykopaliska na najważniejszych stanowiskach szwedzkiej epoki wikińskiej, w tym w mieście portowym Birka. Owe wydobyte z ziemi „przedmioty mocy”, które można interpretować jako posiadające związek z konkretnymi bogami, wierzeniami czy ceremoniami, to nie tylko broń – miecze, topory – nie tylko statki, ale i skarby, depozyty zakopane w ziemi z najróżniejszych przyczyn, acz przede wszystkim magicznych i prestiżowych. Często jeden konkretny typ przedmiotu daje asumpt do ogólnych rozważań na temat danej dziedziny wikińskiego życia – ot, na przykład zapinki w kształcie łodzi staje się przyczynkiem do rozdziału o statkach i ich roli, a rozważania o typach siedzisk i tronów przeplatają się z rekonstrukcją hierarchii władzy.

Nie będę tu streszczać wszystkich arcyciekawych rzeczy, których dowiedziałam się o wikingach, podrzucę Wam tylko kilka tropów: będą zatem smoki i inne gady (yay!), rozważania na temat trickstera (u mnie wszak team Loki, pamiętacie?), słów parę o nordyckich koniach, słynny młot Thora, dirhemy, czyli srebrne monety przywiezione ze świata arabskiego, a do tego wszystkiego przydatna oprawa graficzna: mapy, zdjęcia, ilustracje…

duczko
Ot i proszę, kilka ilustracji.

„Moce Wikingów” to kolejna bardzo dobra książka z serii i kolejny dowód na to, że można pisać naprawdę solidne popularnonaukowe opracowania: z porządną porcją wiedzy podaną przyjaznym i luźnym językiem. Muszę przyznać co prawda, że nie wszystkie tony, w które autor uderza, mi się podobają („tylko kobiety, jubilerzy i archeolodzy traktują ozdoby poważnie” na stronie piętnastej – trochę niezręcznie to brzmi…), a momentami za wiele mi było cudzysłowów ujmujących słowa prawdopodobnie zbyt luźne, uważam to a zabieg niekonieczny. Niemniej, na tle książki to naprawdę zaledwie drobiazgi, niespecjalnie rzutujące na całościową ocenę.

To, co mi się z kolei bardzo podobało, to wtrącenia na temat własnych doświadczeń – gdy na przykład Duczko wspomina o tym, jak uczył się metod złotniczych, eksperymentując z lutowaniem i kopiując ozdoby znalezione podczas wykopalisk (świetny pomysł, tak na marginesie, też bym mogła!). Ponadto rzecz jest bardzo przemyślana pod kątem spójności: to pierwszy tom z dwóch, ale widać, że autor opracował już całość i antycypuje kolejną część (w sensie zdań w stylu „szerzej o tym zagadnieniu w tym i tym rozdziale drugiego tomu”), podobnie zresztą porusza się w ramach części bieżącej, przypominając, że ten grób omawiał w tym rozdziale, a tamto miasto wspomniał przy tej a tej okazji. Mnie, jako początkującego naukowca, takie publikacje dodatkowo napełniają otuchą – że da się i że można tak pisać, z zacięciem naukowym, ale dla zwykłych śmiertelników.

Czekam zatem na tom drugi – więcej wikingów, bardzo proszę!

PS. Na śmigłym niczym drakkar statku ślę wyrazy wdzięczności wydawnictwu Erica oraz samemu autorowi za dedykację!

Szeptuchowe marudzenie, czyli Noc Kupały w (prawie) Nowy Rok

noc-kupalyŚwiąteczno-noworoczny czas, prócz wizyt, przysmaków, kolędowania i odsypiania jest zawsze czasem podczytywania. Jedną lekturę podchoinkową, bardzo jamniczą, już Wam prezentowałam, pora na kolejną, właściwie bardziej noworoczną. Otóż jest to książka, którą zakończyłam rok 2016 – dosłownie, czytałam w sylwestrowy wieczór – a w pierwszy poranek 2017  roku doczytywałam ostatnie strony raz jeszcze, bo jednak przy pierwszej lekturze trochę pędziłam, by wiedzieć, jak się skończy (na marginesie – bardzo mnie ten 2017 raduje z jednej, pozornie tylko błahej przyczyny: mianowicie, dużą przyjemność sprawia mi pisanie cyfry siedem, a tu będzie tyle okazji datowych!) (każdy ma swoje dziwactwa, ja wiem).

Zaczęło się od tego, że niebezpiecznym pomysłem jest wpuszczenie Mality do księgarni – niby weszłam tylko po coś do odbioru dla Taty-Mality, a tu promocja, rabaty, wyprzedaże… no i tak wyszłam z „Nocą Kupały” Katarzyny Bereniki Miszczuk. To druga część cyklu „Kwiat paproci”, a tomem pierwszym (pod tytułem „Szeptucha”), przyznaję, byłam raczej rozczarowana – taki koncept świetny, a realizacja… cóż, w stosunku do pomysłu raczej niedomagała.

Pozwólcie, że przypomnę, w czym rzecz. Otóż w 966 roku Mieszko nie przyjął chrztu, Polska nie jest chrześcijańskim krajem, tylko porządnym pogańskim królestwem. Z całym kolorowym korowodem istot nadprzyrodzonych, od utopców po południce, oraz z wiecznie skłóconymi bóstwami na dokładkę. Rolę naszej przewodniczki po tym alternatywnym świecie pełni Gosława Brzózka, która chce być lekarzem i w związku z tym musi odbyć roczną praktykę u szeptuchy. Na wsi. W chatce przy lesie. Jako i w pierwszej części Gosia pozostaje irytująca i nieustannie rozbrajająca swoim lękiem przed robalami/zakażeniem/brudem oraz miejskim podejściem do spraw szeptuchowych (pacjentom wolałaby proponować farmaceutyki, a nie nalewkę z malin i kropelkę wody, w której zanurzono ogienek z Jarego Święta). Jako i w pierwszej części, Gosią targają rozterki miłosne – vide seksowny Mieszko, który okazał się być nieśmiertelnym Dagome, uwikłanym w legendę kwiatu paproci, a do tego wciąż myślącym o swojej żonie, niebezpieczniej Ote. Tymczasem Noc Kupały się zbliża, a chętnych do przejęcia kwiatu paproci przybywa. Każde z bóstw – Weles, Swarożyc, Mokosz – ma inną wizję, co z tym kwiatem powinno się zrobić, sama Gosia też ma pewien plan. Dość niebezpieczny.

paproc
Noc Kupały się zbliża, paproć będzie kwitnąć!

Siłą tej książki jest całe zaplecze świata i pomysł, by osadzić rzecz w pogańskiej Polsce. Na temat wykorzystania słowiańskich motywów powiem tylko tyle, że to naprawdę zacny koncept i miło zanurzyć się w inną mityczną czasoprzestrzeń, niż o wiele częściej eksplorowana grecka, germańska czy skandynawska (team Loki, tak przy okazji). Doceniam także research autorki, która sięgnęła tak po wiedzę książkową, jak i po praktyczną, tj. konsultując się ze współczesnymi rodzimowiercami.

Co nie zmienia faktu, że jest parę potknięć w wykonaniu, znów – ale tym razem mam wrażenie, że najmocniej zawiniła pospieszna redakcja i nieuważne czytanie ostatecznej wersji. Ot, choćby strona 274: „Zamknęłam okno, mimo że panowała duchota. Nie chciałam, by mi więcej tego świństwa [komarów, rzecz jasna] wleciało do środka i przeszkadzało mi w spokojnym spaniu. Zgasiłam światło i padłam na łóżko tak, jak stałam. Nawet nie zgasiłam światła”. Oh, wait. Gosia pozostaje irytującą bohaterką, która trochę się miota na ścieżce przeznaczenia, a trochę martwi tym, czy założyła odpowiednią bieliznę. Teraz irytowała mnie nieco mniej, przyznaję, pewnie dlatego, że się przyzwyczaiłam i do niej, i do wszystkich innych postaci.

Zasadniczo, nie jest to powieść, którą będę oklaskiwać na stojąco. Dalej oczekuję czegoś lepszego, niemniej nie miałam tak wysoko postawionej poprzeczki, jak w przypadku części pierwszej. Ergo wiedziałam, czego się po „Nocy Kupały” spodziewać: znośnego czytadła z ciekawym światem w tle, ze wszystkimi potknięciami i niedomaganiami. Raz na jakiś czas bardzo potrzebuję takich książek. Bardzo. Więc, cholera, kupiłam sobie tę drugą część i wcale mi nie jest z tym źle.

[tl;dr] Trochę marudzę, ale i tak przeczytam tom trzeci.

Ps. Właśnie doczytałam na profilu autorki, że nie tylko trzeci („Żerca”), ale czwarty tom („Przesilenie”) się szykuje. O rety.

Jamnikarium, że hej!

Znalezione obrazy dla zapytania jamnikariumJak wiecie, Malita jest wielką wielbicielką kotów (aktualnie, dwóch najbardziej, z czego tylko jeden daje się fotografować z bliska, vide  tu i tutaj też). W dzieciństwie przeszła krótki okres pragnienia posiadania świnki morskiej (to jest, kawii), niemniej jest jedno stworzenie domowe, które zajmuje w Malitowym serduchu miejsce specjalne. Jego niskość-długość jamnik, mianowicie. Nigdy nie było mi dane posiadać własnego (miałam za to dwa pluszowe, jeden tuże), hołubiłam natomiast kolejne jamnicze pokolenia należące do mojej cioci. Sentyment do niskopodłogowej rady pozostał mi do dziś i chociaż nie uczęszczam już na krakowskie wrześniowe Parady Jamników (acz zdarzało się), to gdy zobaczyłam w zapowiedziach „Jamnikarium” Agaty Tuszyńskiej, pisnęłam z radością. Piśnięcie ewidentnie usłyszał Aniołek i pod choinką odpakowałam spore pomarańczowe tomisko.

Agata Tuszyńska wraz ze swoim szanownym Panem Jamnikiem imieniem Lonia (tak tak, widnieje nawet na okładce) tworzą cały zbiór opowieści, spisując abecadło jamników polskich tudzież alphabet jamników zagranicznych. Bowiem to nie pies – to jamnik!, jak zwykli mówić z szacunkiem i czułością oddani wielbiciele tej rasy. A było ich wielu: niejedna sława oddawała się na pokorną służbę „parówczakom” (jamniki, podobnie jak koty, nie mają właścicieli, tylko poddanych). Już od czasów średniowiecznych, kiedy to w Niemczech pojawiły się pierwsze wzmianki o „psach o krótkich nogach, przydatnych do polowań na borsuki”, jamniki zyskały swoją niepodważalną do dziś pozycję. Choć nie polują już na borsuki, to odznaczają się niebywałą odwagą w wyłudzaniu kolejnego kawałka kiełbasy, żądaniu kolejnego spaceru i nieustraszonego przeszukiwania koca celem znalezienia najwygodniejszego miejsca. W Polsce pojawiły się prawdopodobnie już za czasów Zygmunta Starego i odtąd cieszą się sympatią koronowych głów, także za granicą. Królowa Wiktoria wprowadziła na brytyjskie salony i londyńskich parków brać jamniczą, ostatni niemiecki cesarz Wilhelm II miał kilku podopiecznych i wszystkich chował z honorami w parku letniej rezydencji.

Ja i mój rówieśnik Ufo, na lewym zdjęciu mamy trzy lata, na prawym cztery.
Wygrzebałam z rodzinnego albumu: ja i mój rówieśnik Ufo, na lewym zdjęciu mamy trzy lata, na prawym cztery.

„Przegubowe szczęście”, idealne jako ocieplacz na kręgosłup, poręczne i wręcz zaprojektowanie do przytulania – tak Tuszyńska pisze o niskopodłogowej rasie, a Lonia sekunduje, dodając jamniczą perspektywę – co się dzieje, gdy jego „Duża” ośmieli się wyjść z domu, albo, uchowaj Boże, gdzieś wyjechać na dłużej. Następnie, jako się rzekło, pojawiają poczty jamników krajowych i zagranicznych: jest i jamnik Puzon Jerzego Waldorffa, Dupek Melchiora Wańkowicza, Dusiołek tej Wisłockiej… można by długo wymieniać, podobnie jak sławy światowe, od Andy’ego Warhola po Marylin Monroe. W „Jamnikarium” pojawiają się także nie-jamnicze osobistości psie, jak Fafik Mariana Eilego, który został jamnikiem honoris causa, jak również przyszywany jamnik Alberta Einsteina (tak naprawdę biały foksterier).

Całość wydana bardzo zacnie, z dużą ilością jamniczych grafik, zdjęć, ilustracji. Jest nawet przedruk historii stworzenia świata z punktu widzenia jamnika (siedmiodniowy opis, rzecz jasna, a w pierwszym dniu Bóg stwarza Jamnika), który przepisałam sobie do kajeciku za czasów, kiedy „Przekrój” był tygodnikiem wychodzącym w środy. Rzecz jest do podczytywania raczej niż do przyjęcia na jeden raz, ot, kilka jamniczych osobistości na raz, jedna opowiastka czy dwie. Podczytywałam sobie w okresie świątecznym nad talerzem z pierniczkami i było to naprawdę smakowite. Wzmaga co prawda chęć na posiadanie jamnika, ale kto wie, kto wie…

Ale żeby nie zostawiać takiego niedookreślonego zakończenia, pozwólcie, że przywołam jedną z moich ulubionych fraszek z parady jamników:

Więc przed jamnikiem uderz czołem
Bo jamnik górą — chociaż dołem.

Ditto.