Ksiądz kanonik na tropie zbrodni, czyli Grantchester

Są takie filmy, które ogląda się dla aktora i/lub aktorki. To rzecz wiadoma. Okazuje się, że są również takie książki, które czyta się dla aktora, który zagrał w ekranizacji, mimo, że się ekranizacji nie widziało. Brawo ja. Niemniej, odkąd obejrzałam „Wojnę i pokój” w wydaniu BBC, James Norton uplasował się nieco wyżej w zestawieniu „aktorzy-których-lubię-bardziej-niż-innych”. Do serialu „Grantchester” zabierałam się już od dawna (wszak już dwa sezony!), ale jak się okazało, że będzie wydane polskie tłumaczenie oryginalnej powieści, postanowiłam zaczekać. I oto jest, a imię jej „Sidney Chambers. Cień śmierci” Jamesa Runcie.

Za każdym razem, kiedy tłumaczyłam komukolwiek, w czym rzecz – ksiądz kanonik rozwiązuje zagadki w prowincjonalnym miasteczku, a do tego jeździ na rowerze – wszyscy mieli natychmiastowe skojarzenia z pewnym sandomierskim serialem, którego, przyznaję, też nie widziałam (przyznajmy roboczo, że w serialach to mam raczej tyły). Ergo bez żadnych dodatkowych prerekwizytów z lubością zasiadłam do lektury.

Sidney Chambers, młody a poczciwy duszą ksiądz, zostaje proboszczem w Grantchester nieopodal Cambridge. Najchętniej skupiłby się tylko na posłudze duszpasterskiej (oraz prowadzeniu seminariów w Corpus Christi), ale rzeczywistość wymaga od niego również aktywności detektywistycznej. A skoro pierwsza, niejako wybłagana interwencja się udała, to potem idzie z górki. Sidney delikatnie prowadzi swoje śledztwa zarówno wśród parafian, jak i różnych znajomych z londyńskiej socjety. Wszystko dzieje się u progu lat 50-tych, kiedy to w konwersacjach wciąż brzmią echa wojny, ale nocny Londyn tętni jazzem i rozmaitymi skandalami.

https://i1.wp.com/www.radiotimes.com/uploads/images/original/101295.JPG
Profanum i sacrum, czyli inspektor i kanonik na tropie.

Ksiądz kanonik Chambers to jedna z tych sympatycznych – choć czasem trochę nieogarniętych – postaci, które łatwo polubić. Wiecie, rower, pies, kufelek piwa (mimo, że teoretycznie duchowni lubią sherry i z reguły tym są częstowani), a do tego te jego rozterki na linii damsko-męskiej (pisanie o duchownym anglikańskim ma tę zaletę, że można wprowadzić wątek miłościwy bez żadnych kontrowersji). Akurat dama, z którą Sidney chętnie by się ożenił, przebojowa Amanda, niespecjalnie budziła moją sympatię, ale cóż, zobaczymy, co z tego będzie. Natychmiastową sympatię natomiast budzi przyjaciel naszego proboszczo-detektywa, inspektor Keating, z którym Sidney dzieli zamiłowanie do tryktraka i piwa.

Nie są to najbardziej wyrafinowane intrygi świata, ale ja nigdy nie byłam zanadto lotna w odgadywaniu, kto zabił, więc i tak miałam przyjemność z rozwiązywania zagadek. Cały ten klimat lat 50-tych dobrze się prezentuje, zarówno sielska prowincja, jak i „powojenny krajobraz wypełniony przemysłem, obietnicami i betonem”. A z zupełnie innej strony, cieszy mnie, gdy w książce pojawiają się różne nawiązania do rzeczy, które lubię. Nie brzmi to może jakoś bardzo inteligentnie, ale pozwólcie na przykładzie: jak wiadomo, lubuję się w Anglii czasach Tudorów, czytam powieści i opracowania popularnonaukowe – a tu Sidney wpada na trop zaginionego portretu Anny Boleyn pędzla samego mistrza Holbeina. Na podobnej zasadzie odnajdywałam też w powieści znajome fragmenty muzyczne – ot, gdy w pewnym momencie ktoś intonuje znaną mi pieśń gospel (sześć lat w chórze robi swoje!) albo gdy podczas grudniowego nabożeństwa pojawia się moja ulubiona angielska kolęda. Całość tworzy miłe, niezbyt angażujące czytadło (kategoria dopociągowa pasuje tu jak ulał!) i chętnie zajrzę jeszcze do Grantchester. Również serialowo!

PS. A powieść z Bardzo Ładną Okładką trafiła do mnie dzięki Pani Redaktor z Wydawnictwa Marginesy – ogromnie dziękuję!

#SummerLovin’ Book Tag

A wszystkiemu winna Hadyna, która mnie nominowała. Hadyna-która-rozkminia i która do tego prowadzi zacnego bloga ukierunkowanego na nerdozę i anglofilię (brzmi to jak zestaw chorób, ale zaprawdę powiadam wam, mogę na takie chorować). Book tag – wiadomo, jest temat przewodni i książki do tematu pasujące. W ten oto piękny sierpniowy dzień serwuję Wam zatem książki okołoletnie w sześciu kategoriach!

Początek lata, czyli książka, która przyciąga uwagę już od pierwszego zdania

Tu mi się od razu przypomniał facebookowy profil Pierwsze zdanie – kojarzycie? Naprawdę zacny pomysł. Ale fakt, pierwsze zdanie, nawet takie z gatunku krótszych  („In a hole in the ground there lived a hobbit” nie powala długością, czyż nie?), potrafi przykuć uwagę tak skutecznie, że czas między tym pierwszym a tym ostatnim zdaniem upływa nie wiadomo kiedy.  Pozwólcie, że zaproponuję wyjątkowo krótkie pierwsze zdanie, które idealnie oddaje charakter całej książki, acz zawiera słowo w kulturalnym towarzystwie niepożądane. „Mam całkowicie przesrane”, stwierdza z rozbrajającą szczerością autoiroczniczny Mark Watney, po czym zabiera się za uprawę ziemniaków. Na Marsie. Czyli Andy Weir i jego spektakularny sukces, „Marsjanin”. Więcej zachwytów – tuże. Film też, koniecznie!

Za gorąco, żeby wychodzić, czyli książka idealna, by zaczytać się w czterech ścianach

Gdy jest zdecydowanie zbyt gorąco, by wyściubić nos z bezpiecznych (w idealnym układzie: klimatyzowanych) czterech ścian, ale jednak bardzo chce się gdzieś wybrać – truizm, bo truizm, ale nie ma jak książka podróżnicza albo o dalekich krajach. A jak jeszcze jest w tym nutka przygody… hejże ho, dalej w drogę! Na przykład do Australii. Swego czasu zaczytywałam się historiami o Tomku Wilmowskim, niespokojnym duchu, który jako dzielny nastolatek zwiedza pół świata ze swym ojcem i innymi kompanami. Rzecz dzieje się u progu XX wieku, są wyprawy badawcze, przyjaźnie, miłości, odkrywanie nowych kultur i solidna dawka patriotyzmu (Polska naonczas wciąż pod zaborami). Dziewięć tomów przygód Tomka – całość pióra Alfreda Szklarskiego – dobre i nasze! Zaczynamy od tomu „Tomek w krainie kangurów”.

Letnia wycieczka samochodowa, czyli książka idealna na podróż

Ja już od dawien dawna posiadam taką osobistą kategorię lektur dopociągowych, które nie wymagają bardzo dużego zaangażowania intelektualnego, wciągają od pierwszych stron, a swoją długością idealnie wpasowują się w kilkugodzinną podróż. Pamiętam nawet, jaka była pierwsza taka przeczytana przeze mnie „dopociągówka”: miałam jakieś trzynaście lat, wybrałyśmy się z Mamą-Malitą do Wrocławia, a ja w rytm stukotu kół (bardzo lubię ten dźwięk!) pochłonęłam „Złote rendez-vous” mistrza sensacji Allistaira McLeana. Szczerze mówiąc, niespecjalnie wiele pamiętam z samej fabuły – oprócz tego, że statek nazywał się Campari, Susan Beresford opierała się o drzwi, a rejs zasadniczo obfitował w wydarzenia – pamiętam natomiast to pełne napięcia przewracanie stron. Planuję takoż powrót sentymentalny, bo Mama-Malita odkopała gdzieś oryginał powieści. SS Campari, strzeż się, nadchodzę!

Idealny zestaw letni: jedna książka, druga książka i blueberry muffins.
Idealny zestaw letni: jedna książka, druga książka i blueberry muffins.

Mrożone herbaciane pyszności, czyli książka z zimną scenerią

Ha, nie będą to raczej pyszności, choć coś jest na rzeczy z tą herbatą… Nie wiedzieć, czemu, ale zimna sceneria skojarzyła mi się natychmiast z „Balladą o Narayamie”, antologią opowiadań prosto z Japonii. Konkretnie, z tytułowym opowiadaniem Fukuzawy  Shichirō o złowrogiej górze Narayama. Szczyt wznosi się między dwoma wioskami i samą swoją ponurą obecnością nieustannie przypomina o kruchości życia, niosąc obietnicę śmierci. Gdy bowiem okoliczni mieszkańcy osiągną odpowiedni wiek, udają się na Narayamę, by tam dokonać żywota. Choć właściwie nie wymaga to wspinaczki na ośnieżony szczyt (albo nie zawsze), to jednak właśnie zimowe kadry z japońskiej ekranizacji „Ballady” najmocniej wbiły mi się w pamięć. Więc gdy za oknem czterdzieści stopni w cieniu, wspomnijcie Narayamę. Dreszcze gwarantowane.

Słoneczne poparzenie, czyli książka, która zawiodła cię w tym roku

Miało być pięknie, a wyszło jak zawsze – czyli pomysłowy koncept nie doczekał się odpowiednio pomysłowej realizacji. Mam na myśli „Szeptuchę” Katarzyny Miszczuk (skądinąd, to bardzo wakacyjno-letnia powieść, wiecie, kwiat paproci, Kupała, te sprawy). A przecież tak dobrze się zapowiadało, cała ta wizja pogańskiego Królestwa Polskiego, które w XXI wieku jest silną monarchią, w której lekarze i szeptuchy współdziałają dla zdrowia narodu, po okolicy pałętają się utopce i rusałki, a seksowny żerca Mieszko niechybnie zdobędzie serce Gosławy… oh wait. Cytując moje marcowe wynurzenia, „Co by było, gdyby Mieszko nie przyjął chrztu? Smuteczek”.
No smuteczek.

Upalne czytadła, czyli jedna z najlepszych książek tego roku

O, i tu wybór był prosty! Jak na razie prym zdecydowanie wiedzie „Pasterska korona” Terry’ego Pratchetta. Bo nie tylko dlatego, że mistrz Terry (po raz ostatni!), nie tylko dlatego, że czarownice, ale przede wszystkim dlatego, że jest to powieść szalenie mądra. Trzy kilo dowcipów są jako zawsze, ale tym razem jest jakoś bardziej smutno i jednocześnie na duchu podnosząco (tak, wiem, że nie ma takiego słowa). Dobry moment mi się trafił na czytanie „Korony”. I już nie mogę się doczekać, kiedy przeczytam ją drugi raz. Zazdroszczę tym, przed którymi dopiero ten pierwszy raz.

No, i tyle z książkowo-letnich wynurzeń. A teraz nominuję, a co!

Lolantę-która-czyta, niech się spowiada letnio.
Olgę z Wielkiego Buka, niech się nie martwi, że jej nie nominują!
Myszkovską, która ostatnio zaczęła nowy blogowy projekt.

Hadynie raz jeszcze dziękując za nominację. Niech nam lato długo trwa i książki przynosi ;)

Komedia wypadków, czyli Jojo Moyes vol. 3

Ostatnio Jojo Moyes bardzo na tapecie – zwłaszcza z uwagi na ekranizację „Zanim się pojawiłeś” (książka, film oraz część druga: zacne!). I słusznie, bo ta brytyjska autorka naprawdę ma pomysły na dobre postacie tudzież dobre historie. Kolejną dobrą historię można odnaleźć w „Razem będzie lepiej”, wydanej niedawno w nowej szacie graficznej. Rzeczona szata graficzna może nie jest jakoś zachwycająca – przynajmniej mnie nie zachwyca – ale zawartość już owszem.

Otóż Moyes zaprasza na spotkanie z kolejną niezwykłą kobietą. Poznajcie Jess, najbardziej niezłomną optymistkę pod słońcem. Rzeczywistość niespecjalnie sekunduje jej w tym optymizmie: Jess tyra na dwa etaty (kelnerki i sprzątaczki), dietę opiera na produktach z promocji, ciuchy szyje, bo nie stać jej na kupno, a rachunki płaci w ostatniej chwili, kiedy cudem znajdą się fundusze. Niemniej swoje dzieci (a dokładniej, przybranego syna emo-nastolatka i własną córkę lat dziesięć) uczy, że uczciwych ludzi zawsze czeka nagroda od życia. Co prawda nie wiadomo, kiedy ta nagroda nadejdzie. Na razie Jess unika doraźnych rozwiązań. Nie śmie też poprosić swojego męża o pomoc – Marty zabrał się dwa lata wcześniej do mamusi i cierpi na depresję, biedaczek. Ale oto pojawia się szansa na odmienienie losu: Tanzie, córka Jess, może uzyskać prestiżowe stypendium w prywatnej szkole. Nie wdając się w dalsze szczegóły: Jess pakuje dzieci i potężnego, wiecznie śliniącego się psa do zdezelowanego rolls-royce’a i rusza w podróż do Szkocji. Podróż pełną przygód, zarówno tych cudownych, jak i tych, o których chciałoby się jak najszybciej zapomnieć.

Ale tytułowe „razem” nie dotyczy tylko Jess i jej podopiecznych: poznajcie Eda, drugiego bohatera tej pokręconej opowieści. Ed, zamożny biznesmen robiący imponującą karierę, zaprzepaszcza wszystko w ułamku sekundy: a to wszystko przez kobietę, która zdecydowanie nie była warta całej afery. Problemy w pracy, przesłuchania na policji, utrata najlepszego przyjaciela, a do tego choroba ojca i inne problemy rodzinne – życie Eda już dawno przestało wyglądać jak ładny obrazek z eleganckiego magazynu. A potem spotyka Jess… i właściwie bez większego zastanowienia wyciąga do niej pomocną dłoń. A dokładniej, pomocną kierownicę.

Moyes prezentuje czytelnikom prawdziwą komedię wypadków: niby jest już naprawdę fatalnie, ale nagle okazuje się, że poziom beznadziei może spaść trzy piętra niżej. Wszystko sprzysięga się przeciwko Jess i jej bliskim, powodując, że ów niezłomny optymizm wydaje się być tylko wydumaną mrzonką i wydaje się, że sprawiedliwość nigdy nie zostanie wymierzona (Marty, bądź potępiony!). W pewnym momencie piętrzące się przeciwności losu stają się raczej groteskowe niż przytłaczające (naprawdę, co jeszcze może się przydarzyć?!), ale wszystko płynie w kierunku happy endu, który wcale nie razi swoją szczęśliwością.

Ogromną zasługą Moyes jest tworzenie mocnych, wyrazistych postaci, które mają wady, ale nie sposób ich nie lubić. Genialna matematyczka Tanzie, jej przyrodni brat, stłamszony Nicky, niezmordowana Jess, Ed i wszyscy inni tworzą barwny korowód, mniej lub bardziej radośnie podrygujący wśród wszystkich nieszczęść. W rezultacie dostajemy słodko-gorzką opowieść o tym, że jednak dobro zwycięża, a bad guys zostaną ukarani. Bardzo to kojące – i mimo chwilowej groteskowości czasem bardzo potrzeba nam takich książek. Zwłaszcza na wakacje.

PS. Za książkę dziękuję pani redaktor z wydawnictwa Znak Literanova!

Pożegnanie z Afryką

Pozostając w temacie okołopodróżniczym – w końcu wakacje jeszcze się nie skończyły, choć widać kres moich wojaży – co powiecie na wyprawę do Afryki? Ale taką… klasyczną?

„Pożegnanie z Afryką” Karen Blixen to jeden z tych klasyków, który gdzieś tam zawsze odkładałam na później. Postanowiłam wreszcie nadrobić, między innymi dlatego, że czeka mnie bardzo zacna książka w tym klimacie, a dobrze jednak znać punkt wyjścia. W międzyczasie zorientowałam się, że jedna z moich ulubionych bibliotek ma naprawdę obfity zbiór audiobooków, ergo słuchana wersja dzieła Blixen wylądowała w moim odtwarzaczu błyskawicznie. W rezultacie, gdy przechadzałam się ulicami Warszawy i szutrowymi drogami Mazur, tak naprawdę spacerowałam po farmie z widokiem na góry Ngong.

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/f/f2/Ngong'_Hills,_Nairobi,_Kenya.jpg
Góry Ngong

Baronowa Blixen – znana także pod pseudonimem Isak Dinesen – w swojej najsłynniejszej książce uchwyciła ostatnie chwile Brytyjskiego Imperium w kenijskiej, kolonialnej odsłonie. Jej farma Ngong mieściła się w Brytyjskiej Afryce Wschodniej, protektoracie, który pokrywa się właściwie z dzisiejszą Kenią. Plantacje kawy, hodowla bydła, wypatrywanie pory deszczowej i plagi szarańczy – te sprawy przez siedemnaście lat stanowiły codzienność Karen Blixen, jej pracowników i przyjaciół. Kikujuscy squaterzy, muzułmańscy Somalijczycy, dumni Masajowie, rozmaici pracownicy farmy, a do tego cała panorama ówczesnych lokalnych osobistości zapełniają karty opowieści Blixen. Baronowa znana była wśród kolonistów z przyjaznego i pełnego szacunku stosunku do tubylców; wielu ze swoich pracowników uważała za przyjaciół i wiernie opisała zwyczaje lokalne zwyczaje, jak choćby kikujuską ngomę, coś na kształt tanecznego rytuału w rytm bębnów.

https://media-cdn.tripadvisor.com/media/photo-s/01/ca/28/79/provided-by-museums-of.jpg
Farma Karen Blixen – dziś muzeum poświęcone autorce i książce.

„Pożegnanie z Afryką” to coś na kształt pamiętniko-wspomnień (pięknie opisuje to angielskie słowo memoir), i przemyca nie tylko atmosferę lat minionych, ale też poetycki namysł nad życiem i sporą dawkę autorefleksji. Dużo tu wtrętów mocno metaforycznych: jak choćby wtedy, gdy przy ostatecznym wyjeździe, już po sprzedaży farmy, Karen wraz z przyjaciółką dokonuje czegoś na kształt niemej inwentaryzacji, „wpisując” wszystkie woły, konie i inne zwierzęta do księgi zażaleń, którą później przedstawia się Losowi. Im bliżej tytułowego pożegnania, tym więcej nostalgii – rzecz absolutnie zrozumiała, jako że „Pożegnanie” ukazało się w 1937 roku, trzy lata po powrocie Blixen do Europy.

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/6/6b/OutOfAfrica.jpg
Pierwsza edycja angielskiego wydania – ogromnie podoba mi się ta okładka!

Muszę przyznać, że spodziewałam się czegoś więcej. Owszem, można odczuć wspomnianą atmosferę, kulturoznawczo to interesująca rzecz, ale… czegoś mi brakło. W przypadku audiobooków ogromną rolą pełni jednak głos czytująca – i mam wrażenie, że „Pożegnanie” podobałoby mi się bardziej, gdyby nie lektorka Karolina Nolbrzak. Już mniejsza o znudzony ton, ale jej niepoprawne akcentowanie doprowadzało mnie do pasji. Otóż w języku polskim niektóre formy czasowników – konkretnie, forma przeszła liczby mnogiej – posiadają wyjątkowo akcent na trzecią sylabę od końca. Czyli „wybraliśmy się”, a nie „wybraliśmy się”. Wybaczcie czepialstwo, ale jestem na tym punkcie dość mocno wyczulona.

Czy moja raczej mało entuzjastyczna opinia na temat „Pożegnania” to efekt wyłącznie irytowania głosem czytającym – tego nie jestem pewna, niemniej dużo wody upłynie, zanim sięgnę po papierową wersję. Prędzej już zdecyduję się, w ramach zgłębienia ogólnego tematu, na ekranizację z Meryl Streep i Robertem Redfordem. Film ma ten zasadniczy plus, że wszystkie cudowne widoki opisane w książce po prostu widać – choć już po zwiastunie wiadomo, że reżyser postawił na bardziej miłościwą historię niż opowieść o Afryce.

Bath śladami Jane Austen

Królewskie biuro podróży Malita Travel zaprasza na kolejną okołoksiążkową wycieczkę! Co prawda jeszcze przez tydzień się urlopuję – przede mną zacny czas leżenia i czytania, tak bardzo mi się to przyda – ale zdążymy przecież szybko przemknąć przez Bath okresu regencji, prawda?

Bath, leżące w hrabstwie Somerset w zachodniej Anglii, może poszczycić się długimi tradycjami uzdrowiskowymi – ale nie ma co sięgać do epoki żelaza, kluczowe będą tu rzymskie łaźnie. Starożytne spa cieszyło się popularnością już od pierwszych wieków naszej ery, a lokalna woda termalna miała leczyć wszystkie bolączki ciała i duszy. Niemniej prawdziwy rozkwit miasto przeżyło w XVIII wieku, kiedy to ówczesnym arbiter elegantiarum, Beau Nash, uczynił je modnym miejscem dla całej śmietanki towarzyskiej. Nash był dandysem w każdym calu i przez prawie całe życie tytułowano go „mistrzem ceremonii” Bath: to on dyktował trendy tudzież ordynował rozrywki. Eleganckie restauracje, teatry i na nowo odkryte źródła geotermalne sprawiły, że Bath co rok wypełniało się setkami dam i dżentelmenów – a niektórzy przenosili się tu na stałe.

Jane Austen Bath (22)
Most Pulteney nad rzeką Avon
Jane Austen Bath (14)
Bath Abbey: tu Austenowie nie chadzali na mszę z uwagi na… zbyt dużą ilość osób niskiego stanu
Jane Austen Bath (17)
Dzisiejsze wejście do rzymskich łaźni – tylko zwiedzanie, bez kąpieli!
Jane Austen Bath (16)
Starannie zaprojektowane ulice – pełne sklepów

Jane Austen może nie była jakąś wielką miłośniczką Bath – wyjeżdżała z miasta „pełna radosnego uczucia ucieczki”, jak sama pisała – ale rezydowała tu przez parę lat wraz z rodzicami i siostrą Cassandrą oraz umieściła w mieście akcję dwóch swoich powieści. Więcej, właśnie tutaj miała otrzymać jedyną w swoim życiu propozycję małżeństwa. Austenowie zmieniali adresy podczas najdłuższego stałego pobytu w Bath, wynajmowali też różne domy w trakcie krótszych wizyt – ale dziś najsławniejszym miejscem poświęconym pannie Jane jest rezydencja przy Gay Street, gdzie pisarka mieszkała wraz z matką w 1805 roku. Dokładnie w tej okolicy odpowiednią dla swojego statusu (i poczucia wyższości) rezydencję wynajął sir Walter Elliot w „Perswazjach”. Dziś przy Gay Street 40 mieści się Jane Austen Centre, a pamiątki z wizerunkiem pisarki oraz rozmaite wydania jej powieści można znaleźć w całym mieście. Zresztą, całe Bath jest tak klimatyczne, że gdy spuścić zasłonę milczenia na selfie-sticki, można spokojnie poczuć się jak na początku XIX wieku. Wiecie, te herbaciarnie… Słynny Great Pump Room, ukończony w 1789 roku, działa do dziś – i to właśnie w tymże miejscu Catherine Morland miała nadzieję spotkać pana Tilneya („Opactwo Northanger” dzieje się przede wszystkim w Bath). Spójrzcie tylko na te klimatyczne uliczki!

Jane Austen Bath (20)
W tle, po prawej, czekoladki księżnej Brunszwiku.
Jane Austen Bath (13)
Great Pump Room z zewnątrz…
Jane Austen Bath (19)
…i w środku: herbata i scones obowiązkowo!
Jane Austen Bath (21)
Park Parade Gardens: leżaczki i kawa, polecam.

Samo Jane Austen Centre to raczej miejsce w stylu „poznaj okres regencji i poczytaj ciekawostki” niż „na tym krześle siedziała sama Jane” (domyślam się, że drugi typ jest reprezentowany przez muzeum w Chawton, acz to jeszcze przede mną). Jest tu i sklepik z pamiątkami i innymi austenowymi drobiazgami (kartka z rozmarzonym panem Darcym – patrz niżej), i herbaciarnia, oraz niewielkie muzeum, które zwiedza się z przewodnikiem. Wiadomo, poszłam, a Król Małżonek zdecydował się na spacer po okolicy w międzyczasie. Cała wycieczka zaczyna się od krótkiej pogadanki na temat: słów parę o rodzinie Austenów, biografia naszej autorki i opowieść o samym Bath (przewodniczką mojej grupki było dziewczę w stroju filmowej Harriet Smith z „Emmy” z 1995 roku). Potem przechodzi się do pokojów mieszkalnych, gdzie można pooglądać reprodukcje portretów Austen (tych autentycznych i domniemanych), poczytać o różnych powiązanych z pisarką lokalizacjach w Bath, zerknąć do wnętrza XIX-wiecznej pasmanterii i strzelić sobie zdjęcie w stroju z epoki. Notabene, chciałam zaznaczyć, że suknie z okresu regencji są szalenie nietwarzowe, nie mówiąc już o budko-czepkach zwanych „bonnet”. W bordowej kreacji w kwiatki i pasującym kolorystyczne czepku wyglądałam jak chomik w ciąży – zdjęcia nie będzie. Będą za to inne.

Jane Austen Bath (1)
Przy wejściu wita pan Bennet!
Jane Austen Bath (3)
Drzewo genealogiczne familii
Jane Austen Bath (9)
Habedasher, czyli pasamonik – w takim sklepie Elizabeth spotkała Wickhama!
Jane Austen Bath (11)
Ćwiczymy pisanie piórem – szło mi całkiem nieźle, vide ostatnie zdjęcie.

Takie tam, pamiątki.
Takie tam, pamiątki.
O, proszę, jak ładnie piszę piórem?
O, proszę, jak ładnie piszę piórem?

Królewskie biuro podróży Malita Travel uprzejmie dziękuje za tą krótką wycieczkę po Bath i poleca się łaskawej pamięci!

Ganbare. Po prostu.

Przyznaję z miejsca, że kiedy przychodzę do kogoś w odwiedziny i dostrzegam książki, to zaraz idę przyjrzeć się z bliska. Kartkuję, wybieram, pożyczam. I gdy odwiedziłam w zeszłym tygodniu myszkovską (i opracowałyśmy plan nadrabiania klasyki fantastyki), na wierzchu leżało „Ganbare! Warsztaty umierania” Katarzyny Boni. Tej książki akurat pożyczyć nie mogłam, ale przeczytałam pół na miejscu. Tylko pół, ale nie dlatego, że nie miałam czasu, tylko dlatego, że to nie jest książka do czytania na raz.

Zasługuje na więcej.

Choć raczej rzadko czytam reportaże, to dla tych okołojapońskich robię wyjątek. A w tym przypadku Katarzyna Boni postanowiła zmierzyć się z szalenie trudnym tematem, trudnym także dlatego, że wciąż tak bardzo świeżym. Choć od 11 marca 2011 minęło już ponad pięć lat, to skutki tamtych wydarzeń widać do dzisiaj. Ot, obrazek: jedna sosna została z lasu przy mieście Rikuzentakata, zmiecionego przez bezlitosne fale. Ot, obrazek: czarnej worki zalegające wszędzie w Fukushimie. Wypchane są skażoną ziemi, której nie da się odkazić, trzeba są po prostu zapakować i wywieźć. Te dwa obrazki symbolizują dwie wielkie tragedie: bo w marcu 2011 zdarzyło się to nie tylko tsunami, potężny żywioł niszczący wszystko, co napotka, ale i awaria w elektrowni atomowej Fukushima Daiichi. Aha, ten ryż, co leży na półmisku, pochodzi właśnie z Fukushimy, przeszedł wszystkie atesty. Ale… czy zjesz ten ryż?

Nie tylko tsunami, nie tylko elektrownia, ale także rzut oka na współczesną Japonię – oto, co proponuje autorka. Opisuje tytułowe warsztaty umierania, szamanki itako kontaktujące się z duchami, Godzillę i nowy, atomowy bestiariusz japoński. Niemniej, rzecz tworzy bardzo spójną całość, delikatnie krążąc wokół wszystkiego, co związane ze śmiercią i tragediami do niej prowadzącymi.

„Ganbare!” (がんばれ!) to japoński okrzyk oznaczający „Dasz radę!”. Wyraża poparcie i zachętę, dodaje otuchy komuś innemu… albo samemu sobie. Ale granica pomiędzy „ganbare dam radę” a  „ganbare próbuję, ale nie dam rady, nie śmiem jednak prosić o pomoc” jest zwodnicza i cienka. Czasem nawet nie zdajemy sobie sprawy, kiedy została przekroczona

Boni przyjęła doskonałą strategię – w większości mini-rozdziałów opiera się na pojedynczych historiach pojedynczych Japończyków i ich bliskich. Nie od dziś wiemy, że anonimowe dziesiątki, setki, tysiące cierpiących ofiar robią zupełnie inne wrażenie niż opowieść jednego ocalałego, który nie ogłosił śmierci swojej córki – a dostałby przecież odszkodowanie – bo chce, by „brakująca jedynka przy nazwie miasta” przypominała o tym dniu. Krótkie, oszczędne w słowach, ale jednak nabrzmiałe emocjami opowieści Boni potrafią przeniknąć głęboko, głęboko do środka i solidnie zakołysać naszym własnym ukontentowanym poczuciem spokoju.

Bo całokształt jest po prostu wstrząsający.

To nie jest książka do przeczytania na raz.
Za dużo nieszczęścia w sobie kryje.

PS. Okładka jest po prostu idealna. Oklaski!

Nadrabiam fantastyczną klasykę, więc smoki.

Jak już zeznałam na Wiadomym Portalu Społecznościowym, nadrabiam klasykę fantastyki. Nadrabiam zresztą od lat, podążając za listą ‘the best of’ Andrzeja Sapkowskiego z „Rękopisu znalezionego w smoczej jaskini” i nie jest źle, ale wciąż jeszcze kilometry stron przede mną (ale fajnie!) (stosowna kategoria blogowa: tuże). Co nie zmienia faktu, że zdążyłam już dzięki tejże liście odkryć całe mnóstwo świetnych powieści, jak choćby cykl o Alvinie Stwórcy lub wszystko, co napisał Guy Gavriel Kay. A ostatnio z myszkovską doszłyśmy do wniosku, że o wiele sympatyczniej będzie nadrabiać w duecie i ta spontaniczna myśl została błyskawicznie wprowadzona w czyn: ona nabyła „Kroniki Amberu” Rogera Zelaznego, ja pierwszy tom cyklu „Temeraire” Naomi Novik. Jeśli chodzi o mnie – strzał w dziesiątkę!

Tak się prezentuje początek listy w moim starym wydaniu.
Tak się prezentuje początek listy w moim starym wydaniu.

Nigdy nie byłam fanką wojen napoleońskich – pamiętam, jak przed maturą z historii zanosiłam w głębi serca błagania do wszystkich wysokich instancji, by wypracowanie było na temat przednapoleoński – choć nie da się ukryć, że jest to okres szalenie inspirujący. Pomyślcie choćby o imponującym objętościowo cyklu o Richardzie Sharpie pióra Bernarda Cornwella. A jakby do tego całego zamieszania dokooptować smoki?

Świat stworzony przez Novik (tak, to ta pani od „Wybranej”!) do złudzenia przypomina nasz własny, z tą drobną różnicą, że już od tysięcy lat smoki stanowią zupełnie normalny element rzeczywistości. Od starożytnych Rzymian po współczesnych Chińczyków: wszyscy smoki hodują, trenują tudzież używają w celach przeróżnych, acz ostatnio najczęściej wojennych. W końcu sam Napoleon (i nie tylko on) dysponuje konkretnymi smoczymi oddziałami i potrafi je użyć podczas bitwy czy zwiadu. Ale taką bojową bestię trzeba najpierw odpowiednio wyszkolić, a przede wszystkim, ujarzmić – dzieje się to zaraz po wykluciu, gdy wybrany awiator nakłada smokowi uprząż. Wszystko świetnie, tylko co robić, kiedy akurat będąc na morzu przechwytujecie francuską fregatę, na której pokładzie znajduje się jajo gotowe do wyklucia, a do lądu jeszcze wiele dni rejsu? Z braku odpowiednio wykwalifikowanych osób, ktoś z załogi musi podjąć się dość niewdzięcznego zadania nałożenia smokowi uprzęży. Zrzędzeniem losu to kapitanowi HMS Reliant, Willowi Laurence’owi, przypada ten zaszczyt i tak oto staje się opiekunem smoka, któremu nadaje imię Temeraire. I tak się zaczyna…

Oczywiście okazuje się, że Temeraire jest stworzeniem niezwykłym, nawet jak na smoka. Will odkrywa jego liczne przymioty (a czytelnicy wraz z nim), hołubi, karmi, i wreszcie porzuca służbę w marynarce na rzecz brytyjskiego Korpusu awiatorów. Zarówno on sam, jak i Temeraire muszą odnaleźć się w nowej rzeczywistości, przyzwyczaić do rytmu treningów i różnych awiatorskich zwyczajów – i to przyzwyczaić w trybie pilnym, bo Napoleon już w natarciu. Będą szkolenia, akcje, bitwy i różne inne, bardziej towarzyskie przyjemności.

Tyle rzeczy mi się w tej książce podobało! Ale jak mam już wymieniać konkretnie, to osobiście bardzo lubię te fragmenty różnych narracji, w których bohater się czegoś uczy, uczęszcza do szkoły etc. – stąd moja sympatia do „Gry Endera” czy nauczenie się prawie na pamięć połowy „Córki marnotrawnej” Archera, nie wspominając już o pewnej Szkole Magii i Czarodziejstwa. Bardzo ciekawie zarysowano też środowisko awiatorów i różne społeczno-obyczajowe aspekty, które odróżniają opiekunów smoków choćby od ekipy służącej na morzu. Z kolei silna relacja, łącząca Willa i Temeraire’a przywołuje oczywiście przyjaźń Czkawki i Szczerbatka, znanych z książek Cressidy Cowell i arcyuroczych animacji, a to skojarzenie zawsze słuszne i rozczulające.

https://i2.wp.com/i.imgur.com/7UbDfrJ.gif
Spójrzcie tylko na niego.

Sam Will to przesympatyczna postać, prawdziwy żołnierz w służbie Imperium, a jednocześnie czuły i troskliwy smoczy przyjaciel. Codziennie czyta Temeraire’owi na dobranoc (też bym tak mogła) i uczy go ludzkiego spojrzenia na świat. Skądinąd smok ma solidne jakobińskie tendencje. Ta smoczo-ludzka przyjaźń to chyba najsolidniejszy wątek tegoż wybornego konceptu w wydaniu Novik. I tak się właśnie zadziało, że zaciekawiły mnie wojny napoleońskie – ale tylko w takim smoczym wydaniu. Czekam na więcej!

PS. Raz jeszcze gratuluję sobie i myszkovskiej znakomitego pomysłu wspólnego czytania. Brawo my.