Dlaczego nikt nie wspomina psów z Titanica, czyli Wojtaszczyk i ciekawe czasy

Kiedy w swojej skrzynce mailowej przeczytałam wieści o nowej powieści Kuby Wojtaszczyka – autora takich dzieł, jak „Portret trumienny” czy „Kiedy zdarza się przemoc, lubię patrzeć” – od razu coś mnie zafascynowało. Przede wszystkim sam tytuł, bo trzecia książka autora to „Dlaczego nikt nie wspomina psów z Titanica?”. Podpowiem, że ta fraza pojawia się w Continue reading „Dlaczego nikt nie wspomina psów z Titanica, czyli Wojtaszczyk i ciekawe czasy”

Lustra wykrzywiające wspomnienia, czyli Chirovici

Mechanizmy działania ludzkich wspomnień to świetny temat na powieść sensacyjną – widzieliśmy to już przy okazji „Mama kłamie” Michela Bussiego. Rumuński pisarz E. O. Chirovici też podejmuje ten wątek, a zainspirowały go własne wspomnienia… czy raczej, wyobrażenia o nich. Otóż pisarz był przekonany, że w dzieciństwie uczestniczył w pogrzebie młodego piłkarza z okolicy i doskonale „pamiętał” otwartą trumnę i piłkę na piersi zmarłego. Niemniej, rodzina uświadomiła go, że nie ma prawa pamiętać ceremonii, bo był za mały, żeby go zabrać na cmentarz. Czyli wspomnienie musiał sobie wymyślić. I tak oto pomysł zaczął kiełkować, a zaowocował  „Księgą luster”, Continue reading „Lustra wykrzywiające wspomnienia, czyli Chirovici”

Całkiem dziarski sześciolatek, czyli blogowe urodziny!

„Kłaniam się nisko”, brzmi tytuł pierwszego wpisu na Co czyta Malita sprzed sześciu lat (tym zwrotem zwykłam przedstawiać się w radiu, dzięki później czemu zyskałam w chórze ksywkę „Bow down” — ale to bardzo stare dzieje). Co najważniejsze, swego rodzaju tradycją stało się snucie opowieści o Malitowych książkach najulubieńszych w blogowe urodziny. Wychodzi na to, że są to same #comfortbooks, które dobrze robią niezależnie od okazji. Rok temu opowiadałam Wam o „Błękitnym Zamku” Lucy Maud Montgomery i nie mam zamiaru obniżać poziomu sentymentalizmu. Acz tym razem sentymentalizm będzie polsko-romantyczny, a wszystko za sprawą „Klawikordu i róży” pióra Haliny Popławskiej Continue reading „Całkiem dziarski sześciolatek, czyli blogowe urodziny!”

Boginie już nie mieszkają w Žítkovej

Bardzo, bardzo dawno temu przeczytałam gdzieś recenzję powieści „Boginie z Žítkovej” autorstwa czeskiej pisarki, Kateřiny Tučkovej, i wciąż gdzieś z tyłu głowy tkwiła mi myśl, że muszę ją kiedyś przyswoić w całości. Nie tak dawno temu natomiast w Book rage można było się zaopatrzyć w pakiet czeskiej literatury – i gdy zobaczyłam na liście „Boginie”, od razu pośpieszyłam nabyć cały komplet, po czym… kompletnie o nim zapomniałam. Zgrywając ostatnio coś na czytnik, przypomniałam sobie o całej sprawie i postanowiłam przejrzeć chociaż. I przepadłam z kretesem.

Tučková zabiera nas w Białe Karpaty, gdzie w Kopanicach Morawskich wciąż jeszcze można natrafić na ślady kobiet, które zajmowały się bogowaniem. Leczyły choroby ciała i duszy, podsuwając zioła i napary, a także – wieść niesie – przepowiadając przyszłość, zaklinając miłość i rzucając klątwy. Do co sławniejszych bogiń zjeżdżali się ludzie z całej okolicy, ongiś otwarcie, a po wojnie raczej niepewnie rozglądając się i ukradkiem pytając, czy w pobliżu nie mieszka bogini. Czasem prowadzi ich andzjel, anioł-asystent, pomocnik bogini. „Bogowanie jest stare jak świat, a boginie i andzjele były tu od zawsze”, mówili mieszkańcy Kopanic.

Andzjelowaniem zajmowała się niegdyś także Dora Idesová, nasza przewodniczka po świecie bogiń. Pomagała swojej ciotce, Surmenie, u której mieszkała wraz ze swoim młodszym bratem, Jakubkiem. Teraz zadomowiła się w bezpiecznych, choć ciasnych korytarzach brneńskiego uniwersytetu, niby to pracując nad doktoratem na temat bogiń, wielką pracą mającą zrehabilitować te niezwykłe kobiety, potępiane przez poprzedni systemu. Pewnego dnia odkrywa, że jej ukochana Surmena widnieje na liście współpracujących z komunistami i zaczyna przetrząsać odtajnione dokumenty SB. A to tylko pierwszy krok na bardzo długiej i bardzo przykrej drodze…

W takiej chacie mogła mieszkać Surmena.

Tučková pokazuje bardzo złożony obraz kopanickich bogiń: to po pierwsze historia Dory, która odkrywa okrutną nieraz przeszłość swojej własnej rodziny, przeczesując archiwa w trzech krajach. To po drugie historia ustroju, w którym boginie postrzegano jako element wrogi wartościom socjalistycznym, element nadający się wyłącznie do eliminacji. To po trzecie historia tajnych badań nad czarownicami, szeroko zakrojona akcja polityczno-ideologiczna z czasów, kiedy Hakenkreuz zdawał się być jedyną możliwą przyszłością całej Europy.

Dawno żadna książka nie zrobiła na mnie tak ogromnego wrażenia. „Boginie z Žítkovej” to powieść ze wszech miar magiczna – zarówno jeśli chodzi o treść narracji, jako i jej formę. Tučková oszczędnie dawkuje informacje, podrzucając strzępy historii rodziny Idesów i innych bogiń czy fragmenty rozmaitych archiwalnych dokumentów, które skrupulatnie czyta Dora. Przeplata czasy współczesne z czasami wojennymi i powojennymi, gra z wiarą w prawdziwość umiejętności bogiń, pokazuje coraz to większe i bardziej skomplikowane nieszczęścia, zemstę, niemożliwą miłość, klątwy, choroby. I robi to po prostu fenomenalnie.

Fenomenalnie wypada zatem to połączenie mikrohistorii poszczególnych postaci – Dory, Surmeny i innych bogiń z ich rodu – oraz makrohistorii pewnego światopoglądu i pomysłu na życie, który w rzeczywistości totalitarnej, czy to nazistowskiej, czy komunistycznej, nie ma racji bytu. Nie mówiąc o tym, że sam wątek Dory jako badaczki, naukowo studiującej żywą wciąż jeszcze magiczną tradycję, jest mi bliski bardzo osobiście. Olbrzymia, złożona opowieść, w której nic nie jest proste ani łatwe, zapewnia Tučkovej u mnie bardzo zaszczytne miejsce.

I mogłoby się wydawać, że nic więcej nas nie zaskoczyć, a potem czytamy epilog i chce się po prostu zasiąść i samotnie pokiwać w ciszy i smutku. Bo stare jak świat boginie z Žítkovej odeszły do przeszłości i nigdy już nie powrócą.

PS. A Book rage polecam Wam zawsze i wszędzie.
PPS. Chyba muszę mieć to na papierze oprócz wersji czytnikowej. Zwłaszcza, że okładka jest przepiękna.

Wiktoria, czyli jak zostać królową

W kulturze bardzo mocno utrwalił się wizerunek Wiktorii jako korpulentnej starszej pani, dystyngowanej babci całej Europy, siedzącej gdzieś na Wyspach w maleńkiej koronie i z posępną miną przyglądającą się upadającym obyczajom całego świata (przynajmniej takie wrażenie odnoszę, gdy patrzę na portret z jubileuszowego, 50-tego roku panowania…). Skostniała epoka wiktoriańska to czasy Imperium, nad którym słońce nigdy nie zachodzi, czasy, w których zawsze i wszędzie obowiązują sztywne konwenanse społeczne. Ale wszystko ma swój początek i coraz częściej w popkulturze zaczynamy przyglądać się młodej Wiktorii, osiemnastoletniej dziewczynie, która Continue reading „Wiktoria, czyli jak zostać królową”

Dzień dobry, pani Dalloway, pani Woolf

Jakiś czas temu Natalia-która-chadza-po-Krakowie obdarowała mnie zeszytem. Jak wiadomo, miłość moja do notesów, zeszytów, kajecików i innych papierniczych przyjemności jest wielka, przyjęłam zatem podarunek z wielkim entuzjazmem. „Wydawało mi się, że lubisz Woolf”, powiedziała Natalia, wskazując na okładkę z Virginią i zdaniem otwierającym „Panią Dalloway”. Przyznałam wtedy, że jeszcze nie wiem, bo nie czytałam. I tak od słowa do słowa postanowiłam nadrobić – a okazja wydarzyła się przy inspekcji półek u Mamy-Mality (imię ich legion). Skoro notes, to i Woolf tematycznie – i tak przyszło mi się spotkać z Klarysą Dalloway. Continue reading „Dzień dobry, pani Dalloway, pani Woolf”

Rodzina O., sezon pierwszy

Niedaleko pada jabłko od jabłoni, głosi przysłowie. Okładka „Rodziny O.” Ewy Madeyskiej nie tylko ilustruje to przysłowie, ale też sugeruje, że niektóre owoce tkwią głęboko zakopane w ziemi. Ba, w mrocznych podziemiach, to znaczy, w splątanej niczym korzenie przeszłości, czasem lepiej nie grzebać. Jeszcze coś wyjdzie na jaw i dopiero się okaże. Choć, jak można się domyślać, zawsze wszystko tak czy tak wychodzi na jaw. Jak serialowe prawo sugeruje, Continue reading „Rodzina O., sezon pierwszy”